Zadzwoń do nas aby dowiedzieć się więcej: +48 12 633 04 60

Dlaczego Spitsbergen?

16.09.2020

Dlaczego Spitsbergen?


        Po co lecieć na wyspę bezdrzewną, zlodowaciałą i skalistą, na której tam, gdzie nie ma skał, ściele się podmokła tundra? Na wyspę, gdzie nielicznych osad ludzkich (trzy tysiące mieszkańców na obszarze wielkości Irlandii) nie wolno opuszczać, nie będąc uzbrojonym, ze względu na stałe zagrożenie stwarzane przez niedźwiedzie polarne – jedyne drapieżnika na świecie, które w istocie polują na człowieka, a nie bronią się tylko w ostateczności, tak jak lwy albo tygrysy.
    Po co wracać do miejsca, w którym wychodząc na trekking, trzeba mieć w plecaku prowiant na dwa tygodnie, bo nigdzie nie da się uzupełnić zapasów. Plecak nijak nie chce ważyć mniej niż dwadzieścia dziewięć kilogramów, bo trzeba mieć siekierę, namiot, przynajmniej jedną zmianę ubrań (nie dla higieny, ale dla ochrony przed hipotermią w razie zamoknięcia zmiany pierwszej), a obok plecaka trzeba gdzieś, najlepiej w zasięgu ręki powiesić wypożyczony karabin, czyli kolejne pięć kilo, nieporęczne, zawadzające. I czeka ten stary mauzer tylko na to, aby się zawinąć i wyrżnąć swojego nosiciela okutą stalą kolbą w łeb, kiedy potknie się na jakiejś stromiźnie. Po objuczeniu się plecakiem, po upchnięciu po kieszeniach lornetek, GPS-ów, po zawieszeniu na szyi futerału z rakietnicą opiera się człowiek na kijach i zastanawia, jakim cudem zamierza z tym brzemieniem iść przez kolejne kilkanaście godzin. A rakietnica potrzebna jest do odstraszania niedźwiedzi, bo warto dodać, że niedźwiedź jest pod ochroną i zastrzelić króla Arktyki można tylko w ostateczności, jeśli wyczerpało się już wszystkie inne możliwości odstraszenia go i przegnania. Bo każdy zabity w samoobronie niedźwiedź oznacza oficjalne śledztwo i jeśli sysselmann, czyli gubernator Svalbardu, uzna, że strzał był nieuzasadniony, to niefortunnemu turyście grozi mandat tak horrendalny, że mógłby zrujnować nawet zamożnego człowieka.
    Trekking jest mozolny, trzeba ścierać z mapy plany narysowane niedoświadczoną ręką, bo w godzinę rzadko da się przejść więcej niż kilometr, a na morenie lodowca, gdzie nogi zapadają się w błoto po kolana, może to być i trzysta metrów w ciągu godziny. I nikt na mapach nie zaznaczy, gdzie da się przejść i skąd trzeba będzie wracać, bo stanie człowiek, otoczony nagle ścianą lodu i skałą, i urwiskiem z trzech stron. Nie widać na mapach również niczego, co zmieści się w minimalnej odległości między poziomicami, czyli mniejszego niż pięćdziesiąt metrów. Dlatego to, co na mapie wygląda jak łagodne zbocze, po którym trawers powinien być spacerem, okazuje się gęsto poprzecinane wąwozami, głębokimi na dwadzieścia, trzydzieści metrów, o ścianach błotnistych i prawie pionowych, o dnach wypełnionych wartkimi błotnistymi strumieniami. Każdy taki wąwóz to ostrożne ześlizgiwanie się w dół i mozolne wspinanie się w błocie pod górę.
    I rzeki, arktyczne rzeki rozlane jak warkocze, z deltami o szerokości kilometra albo większymi, gdzie wiją się tysiące strumieni, rwących lub prawie zamarłych, błotnistych albo krystalicznych. I wszędzie błoto, błoto, błoto i woda po kolana, po pas, a innej drogi nie ma, więc człowiek pracowicie niczym ślepiec bada kijem ziemię przed sobą i brodzi powoli, w nałożonych na buty ciężkich waderach od ubioru przeciwchemicznego OP-1.
    Po co więc lecieć do miejsca, gdzie mgła może pojawić się w piętnaście minut i zalec na tydzień mlecznym kożuchem, z widocznością dosłownie na wyciągnięcie ręki uzbrojonej w kij trekkingowy. I bez GPS-u ani rusz, kiedy przechodząc z jednego płaskowyżu na drugi, trzeba trafić na przełęcz o szerokości stu pięćdziesięciu metrów, między jedną a drugą doliną wyciętą urwiskami. A potem nagle na przełęczy wychodzi się z mgły, tak jakby wychodziło się z pokoju, a mgła wisi za nami jak ściana, jak ucięta nożem.
    Po co więc lecieć do tego zimnego, mokrego raju?
    Dlatego że nie znam krajobrazu bardziej hipnotyzującego swoim spokojem niż krajobraz Isfjordu, na którego odległym drugim brzegu wpełzają do morza lodowce, a morze jest stalowe, nad nim stalowe niebo, fale zaś szlifują czarny piasek plaż w hipnotyzującym rytmie, szlifują na tych plażach wielorybie kości, wielkie jak meble, i wygładzone, obłe pnie drzew, które przypłynęły z prądem aż z ujść wielkich rzek Syberii. Nie znam miejsca, do którego za tysiąc pięćset złotych można polecieć samolotem i po kilku godzinach od wylotu z Warszawy, z przesiadką w Oslo, wysiąć na wyrastającym wprost na tundrze lotnisku w Longyearbyen, w hali przylotów zarzucić na ramiona plecak i po dwóch godzinach marszu znaleźć się w dziczy, w dziczy rodem z książek Londona i Curwooda, i iść dalej przez dwa tygodnie, i nie spotkać zupełnie nikogo, być sam na sam z tundrą, morzem, milionami ptaków, z brzydkimi, karłowatymi reniferami, z ciekawskimi lisami polarnymi, i dać się uspokajać, czarować temu surowemu krajobrazowi, gdzie nawet skarłowaciałe drzewa pełzają, nie wyrastają wyżej niż na kilka centymetrów od powierzchni ziemi i tworzą takie pełzające lasy brzozy i wierzby polarnej, ścieląc się w dnach żyznych dolin. 
    Na Svalbardzie, po oddaleniu się od Longyearbyen mogę siedzieć trzy dni w jednym miejscu, paląc drewnem dryftowym w trzydniowym ognisku, gotując wodę na herbatę i patrząc w milczeniu na morze albo z niepokojem wpatrując się w biały punkt na horyzoncie – czy to niedźwiedź? I sprawdzam karabin, a potem czuję się jak głupiec, bo biały punkt okazuje się niewyrośniętym renem, który może zagrozić tylko kolorowym ogrodom porostów zaścielających kamienie.
    Choć zjechałem już kawałek świata to chce mi się wracać tylko tam, tylko na ten mały zlodowaciały archipelag, dziesięć stopni od pełnej, biegunowej dziewięćdziesiątki.

Tekst : Szczepan Twardoch

Źródło: „Magazyn Globtroter