Zadzwoń do nas aby dowiedzieć się więcej: +48 12 633 04 60

Tuaregowie Saharyjskie epitafium

16.09.2020

Przez wieki władali Saharą, siejąc postrach wśród jej mieszkańców. Grabili karawany, kontrolowali handel, nakładali myto na osiadłe ludy Bantu. Dziś bezpowrotnie giną, a ich pełna tajemnic historia dobiega końca.
    

    Piasek jest wszędzie: w oczach, w uszach, we włosach. Dostał się nawet do wnętrza aparatu. Wieje od dwóch dni, a my siedzimy i czekamy. Sam tego chciałem. Ali śmieje się ze mnie.
    – Na Tuaregów czeka się jak na deszcz – mówi łamanym angielskim – może spadnie, a może nie spadnie. Może dziś, a może za miesiąc. 
    Widząc moją minę, dodaje jednak na pocieszenie: 
    – Nie martw się, przyjadą. Muszą tędy przejeżdżać. 
    Jutro w Douz, na południu Tunezji, rozpoczyna się pustynna olimpiada – 38. Festiwal Saharyjski, na który zjeżdżają mieszkańcy najdalszych zakątków tej części Afryki. Przybywają z Libii i z Algierii, z Mali i z Czadu, z Nigru i z Mauretanii, nawet z Nigerii. Tuaregowie zjawiają się na festiwalu co roku, choć coraz trudniej przychodzi im omijać rozrzucone po pustyni wojskowe posterunki. Pojawiają się na kilka godzin, znienacka, nieproszeni, by pokazać, zademonstrować, że wciąż jeszcze żyją i że wciąż jeszcze nikt nie jest w stanie dorównać im walce na miecze i w ujeżdżaniu wielbłądów. 
    Siedzimy we dwóch w naszym miniobozie, rozbitym przy studni nieopodal saharyjskiej oazy Ksar Ghilne. Jeśli Tuaregowie będą jak zwykle jechać z Mali – starym utartym szlakiem, którym przed laty karawany transportowały sól w głąb Czarnego Lądu – to muszą się tu zatrzymać, by napoić wielbłądy i napełnić bukłaki. Ali jest pewien, że dziś po południu kilku zawoalowanych jeźdźców pustyni dotrze do studni. Twierdzi, że zna paru z nich. Jest więc szansa, że i ja ich poznam. Siedzimy zatem oparci o pień palmy i wpatrujemy się w horyzont, nad którym gorące saharyjskie powietrze tworzy miraże i fatamorgany.
    Po raz pierwszy zetknąłem się z Tuaregami w dzieciństwie. Na kujawskiej wsi, tysiące kilometrów od piasków pustyni. W pokoju ojca stały na półce dzieła zebrane Juliusza Verne’a. Przeczytałem wszystkie, ale najbardziej zapadła mi w pamięć książka Morze na Saharze, w której opisany jest tajemniczy pustynny lud Tuaregów. Próbowałem potem dowiedzieć się o nich czegoś więcej, lecz nie było to proste. 
    „Tuareg jest kroplą wody, która wpada w gorący piasek, by nikt jej więcej nie zobaczył” – mówi stare sudańskie przysłowie. Nikt nie wie, skąd się wzięli, ilu ich jeszcze żyje i jaki będzie ich los. Opowieści przekazywane z ust do ust, przy blasku saharyjskich ognisk są prócz quasi-naukowych teorii jedynym źródłem wiedzy o Tuaregach. Sahara nie ma swej historii spisanej na pergaminie, wykutej na kamiennych tablicach, zamkniętej w gablotach muzealnych w świątyniach. Historia Sahary i zamieszkujących ją ludów to legendy, które pustynny wiatr pokrył grubą warstwą piaszczystego kurzu. Wśród tych baśni i mitów historia Tuaregów fascynuje najbardziej, bo to legenda wciąż żywa, choć rozpoczął się już jej ostatni, tragiczny rozdział.
Zakryta twarz

    Kiedy się pojawili, spałem. A właściwie pogrążony byłem w letargu. To typowy stan, w jaki zapada się, koczując na pustyni. Nic tak nie męczy jak upał i bezczynność. Ali też spał, ale on robi to tak jak Leon Zawodowiec – z jednym okiem otwartym. Dlatego pierwszy ich dostrzegł i waląc mnie łokciem w żebra, powiedział: They are coming.
    Stali przy studni i czerpali wodę… Widać było tylko oczy. Oczy pełne dumy, w których jest spryt, siła, mądrość i gniew. Cechy każdego Tuarega. Tuaregowie różnią się karnacją od innych plemion Sahary i Sahelu. Są śniadzi, a niektórzy wręcz biali. Wielu z nich ma błękitne oczy. Ewenement w Afryce, bo przecież arabscy nomadowie, osiadłe ludy Bantu i północnoafrykańscy Berberzy są mniej lub bardziej czarni. W jaki sposób w sercu Czarnego Lądu, pod Krzyżem Południa, pojawił się lud o karnacji zupełnie nieprzystosowanej do panujących tu warunków? To jedno z pierwszych pytań, na które brak mądrej odpowiedzi.
    Ali przywitał się z nimi arabskim zwyczajem, przykładając trzy razy policzek do policzka. Zapytał, co zamierzają, i zaproponował, żeby zostali z nami na noc. 
    – Mamy jedzenie i parę litrów legmi – powiedział, widząc, że się wahają. 
    Ten drugi argument przeważył. Legmi to lekko sfermentowany sok palmowy, rodzaj saharyjskiego wina.
    Kiedy zaczęliśmy zbierać suchą korę palm i łodygi tamaryszku, wielka czerwona kula słońca kryła się już za jedną z potężnych piaskowych diun. Ognisko zapłonęło, gdy słońce znikło na dobre i nastała ciemność. Na niebie pojawiły się gwiazdy. Gwiazdy na Saharze są wielkie – w ich świetle pustynia nabiera koloru zielonkawego.
    Usiedliśmy przy ogniu. Po tym, jak pierwszy kubek legmi podawany sobie z rąk do rąk okrążył ognisko, Ali powiedział im, kim jestem i że chcę się czegoś o nich dowiedzieć. 
    – Niewiele się od nas dowiesz – odpowiedział najstarszy z nich, Dawid – bo sami niewiele wiemy.
    To właśnie ze strzępków tej rozmowy przy ognisku, którą prowadziliśmy, popijając kwaśnosłodkawe legmi, oraz ze szczątkowych informacji porozrzucanych po najróżniejszych książkach i reportażach powstała ta opowieść.
Potomkowie diabła?
    Legenda mówi, że są potomkami krzyżowców, którzy po przegranej wojnie z Arabami uciekli w głąb pustyni. Mało kto wierzy w tę teorię, choć mogłoby ją potwierdzać to, że… znają znak krzyża, chociaż przecież formalnie są muzułmanami. Krzyże wiszą na ich szyjach, zdobią sygnety i rękojeści mieczy, których niegdyś bała się cała Sahara. 
    Tuareg nie pokazuje twarzy. Jego oblicze zasłania litham – biała, niebieska lub czarna chusta. To także ewenement. W świecie islamu obowiązuje bowiem zasada, że kobieta zasłania twarz, jej ciało od stóp do głów przysłania hidżab, mężczyzna zaś idzie przez życie z odsłoniętym obliczem. U Tuaregów odwrotnie – to mężczyzna nigdy nie pokazuje twarzy, a kobieta ją odsłania. Tuareg bez wstydu i zażenowania rozbierze się do naga, ale za żadne skarby nie pokaże twarzy, bo odsłonięte oblicze to hańba. Jest kilka legend, które tłumaczą to zjawisko. Jedna z nich, będąca niezbyt pochlebną metryką tego ludu, mówi, że pierwszym Tuaregiem był diabeł, który pojął za żonę kobietę. Ich dzieci były tak brzydkie, że musiały zasłaniać twarze. Według mniej bajkowej teorii litham jest po prostu maską, która chroni bandytę przed rozpoznaniem. Rozboje, grabieże i wojny były wszak przez stulecia głównym zajęciem Tuaregów. Litham chroni też twarz przed złymi duchami, piekącym słońcem i wiatrem. Jeszcze inna legenda opowiada o tym, jak to przed wiekami, w czasach podboju arabskiego, Tuaregowie wyruszyli na wojnę. Po tygodniu wrócili do obozu bez swych rączych wielbłądów, pokonani i upokorzeni. Kobiety, które wyszły im naprzeciw, z rozgoryczeniem zrywały woale z twarzy i rzucały je mężczyznom, by zakryli swe zhańbione oblicza. 
Bezwzględni i dumni
    Tuaregowie zamieszkują tereny Mali, Nigru, Czadu i Nigerii, ale spotkać ich można także w Libii, Algierii, a nawet na południu Tunezji. Najprawdopodobniej przywędrowali w głąb Sahary z krajów Maghrebu, około VII w. naszej ery. Według innych teorii Tuaregowie pochodzą z Azji Mniejszej, z doliny Nilu lub z gór Atlas. Mają własny język, zwany tamashek. Jako jedyni w tej części Afryki używają alfabetu innego niż arabski – tifinar. Mówi się o nich, że są ludźmi wolnymi, którzy nie mają swego państwa i dla których nie istnieją granice. 
    – Ale my mamy swą ojczyznę – z dumą oświadczył Dawid – bez której nie potrafimy żyć. Naszą ojczyzną jest Sahara. 
    Pięć, a może osiem milionów kilometrów kwadratowych spalonej słońcem ziemi i bezkresnego morza piasku. Pięć, a może osiem, bo Sahary jest co roku więcej, chociaż, paradoksalnie, coraz mniej na niej miejsca do życia. Jeszcze do niedawna największe zgrupowania Tuaregów koczowały w miejscach niedostępnych dla zwykłych śmiertelników; w okolicach Adrar, Hoggar, Air i w legendarnym Timbuktu. 
    Tuaregowie z łatwością podbili całą środkową Saharę, bo nikt nie dorównywał im sprytem i walecznością. Byli pierwszymi, którzy mieli szybkie, służące do lekkiej jazdy wielbłądy, zwane meheri. Napadali na karawany i berberyjskie obozowiska. Strategia walki, polegająca na nagłym, zaskakującym ataku i bezlitosnym zmiażdżeniu przeciwnika, sprawiała, że bano się ich jak pustynnej burzy. Byli jednak honorowi i zazwyczaj przestrzegali niepisanych zasad. Jedna z nich głosiła, że nie wolno niszczyć namiotów, bo w nich nocowały kobiety. Inna nakazywała zwrócić ograbionym część łupów, jeśli o to poproszą – tak, aby mogli przeżyć w surowych saharyjskich warunkach. 
    – Mulethemin (ludzie zawoalowani) są zbyt dumni, by zostały im narzucone prawa, których nie chcą przyjąć – tłumaczy mi Ali. – Żyją jak chcą, wierzą w to, w co chcą wierzyć.
    I dlatego Tuaregowie mają własną wersję islamu. Nigdy nie praktykowali wielożeństwa, ich społeczeństwo jest matriarchalne, co stanowi kolejny ewenement w skali całego kontynentu. W języku tamashek zachowały się imiona obco brzmiące w świecie muzułmańskim: Dawid, Samuel, Angelous.
Wasal i niewolnik
    Część tuareskich plemion trudniła się handlem. Jeśli sami nie przewozili na swych dromaderach złota, kości słoniowej czy soli, to najmowali się jako „ochrona”. Biada jednak karawanom, które odmówiły ich eskorty. Ślad po nich ginął.
    W swoim czasie Tuaregowie handlowali też niewolnikami, których chwytali na południu Sahary i sprzedawali mieszkającym po drugiej stronie pustyni Arabom. To właśnie wtedy powstał kastowy system ich społeczeństwa. Porwani Berberzy i przedstawiciele osiadłych ludów Bantu stawali się wasalami i niewolnikami Turegów. Między wasalami a niewolnikami jest istotna różnica. Na miano tych pierwszych zasłużyli Berberzy, mentalnie bliżsi Tuaregom, prowadzący tak jak i oni koczowniczy tryb życia. Bantu natomiast, przywiązani do swych pól i oaz, zostawali niewolnikami. Bantu i Tuaregowie to dwa światy i dwie filozofie życia. Bantu jest lokalnym patriotą kultywującym miejsce, w którym się urodził i w którym spoczywają ciała jego przodków, pogrzebane na polu nieopodal domu lub pod podłogą lepianki. 
    – Tuareg to syn wiatru i burzy – mówi z dumą Dawid. – Miejsce, w którym żyjemy nie ma dla nas znaczenia, byle tylko znajdowało się w obrębie Sahary. Zakopujemy swych zmarłych, gdzie popadnie, i nie interesuje nas, co stanie się z ciałem. Dla zmarłych nie ma miejsca w życiu i w pamięci Tuaregów. 
    Nienawiść Bantu do Tuaregów stała się przyczyną końca i upadku śniadych kozaków Sahary. Bo każda krzywda domaga się zapłaty. Wymiernej i rzeczywistej lub choćby symbolicznej. 
Ostatni rozdział
    Koniec panowania Tuaregów rozpoczął się wraz z początkiem francuskiego kolonializmu w Afryce. Po latach krwawych walk Francuzom udało się zapanować nad Tuaregami. Pustynni rycerze byli bezbronni w starciu z nowoczesną, dobrze uzbrojoną armią. Karawany zamieniły się w konwoje ciężarówek z napędem na cztery koła, które nie potrzebują eskorty i nie boją się tuareskich mieczy. Francuzi zabronili rozboju i nielegalnego handlu. Kazali uwolnić czarnych niewolników. Ale nie udało im się ujarzmić Tuaregów, którzy nie chcieli się uczyć francuskiego i lekceważyli wyznaczone przez kolonialistów granice. Synowie wiatru wycofali się w głąb Sahary, uciekając przed napierającą cywilizacją. Wciąż jeszcze są panami pustyni, choć już nie mogą nią rządzić tak jak kiedyś. Wciąż jeszcze są wolni, bo nikt nie jest w stanie ich schwytać i zamknąć w obozie. Powinni zacząć pracować, ale Tuaregowie nie chcą i nie potrafią pracować. 
    – Praca dla człowieka wolnego jest przecież hańbą – wtrąca się do rozmowy małomówny dotąd Tuareg imieniem Abdelmajid.
    Kiedy zły, a może sprawiedliwy los sprawia, że nastaje czas straszliwych susz i niewyobrażalnego wprost głodu, Tuaregowie muszą wracać do saharyjskich miast i wiosek. Bez niewolników, często już bez wielbłądów, ale wciąż jeszcze z podniesioną głową i zasłoniętym obliczem. 
    W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku zaczyna się proces dekolonizacji. Afrykańskie państwa odzyskują niepodległość i oto w prezydenckich i ministerialnych fotelach zasiadają… czarni Bantu – synowie i wnuki dawnych niewolników Tuaregów. Rozpoczyna się czas zemsty i zapłaty. Międzynarodowa pomoc humanitarna nie dociera do głodujących plemion Tuaregów. Rządy Mali, Nigru i Algierii nawet nie kryją się z tym, że konsekwentnie i z premedytacją zatrzymują konwoje z żywnością. Ogromna rzesza Tuaregów zostaje zamknięta w „obozie przejściowym” Czin-Tabaraden w Nigrze. W 1990 r. dochodzi tam do buntu, który kończy się rzezią. Policja strzela do nieuzbrojonych Tuaregów i tnie ich na kawałki. Dogorywających wywozi w głąb pustyni, by dokonali żywota tam, skąd przyszli. Pozostałe plemiona Tuaregów z Mali i Nigru sięgają po broń i tworzą wyzwoleńcze bandy. Choć przecież nie ma już czego wyzwalać.
    Świat na moment przypomina sobie o zawoalowanych synach pustyni, kiedy Bernardo Bertolucci ekranizuje wybitną powieść Paula Bowlesa Pod osłoną nieba. W filmie tym pisarka Kit (grana przez Debrę Winger) zostaje nałożnicą jednego z Tuaregów i przyłącza się do karawany. Dużo dla Tuaregów robią też Didier Auriol i Jacky Ickx, słynni kierowcy uczestniczący w rajdzie Paryż–Dakar, oraz książę Monako, Albert. Ich pomoc, choć szczera i ofiarna, jest jednak kroplą wody w morzu potrzeb.
    W latach dziewięćdziesiątych powstaje tuareskie stowarzyszenie Temoust, które co roku 7 maja, w rocznicę rzezi w obozie Czin-Tabaraden, ogłasza apel mający przypomnieć o tragedii pustynnego ludu. Jak większość apeli, tak i ten jest smutnym krzykiem bez echa, ginącym wśród tysiąca innych, mniej lub bardziej ważnych spraw współczesnego świata…
    Kiedy Dawid skończył opowiadać, ognisko dogasało, na wschodzie zaczęła pojawiać się czerwona łuna wschodzącego słońca. Zwinęliśmy obozowisko i ruszyliśmy razem do Douz na saharyjskie igrzyska. Przy głównym wejściu na otoczony płotem pustynny „stadion” zatrzymali nas żołnierze tunezyjskiej Gwardii Narodowej. Tuaregów nie wpuszczono. Ja wszedłem, pokazując dziennikarską akredytację, Alego przepchnąłem jako mojego tłumacza.
    – Nie martw się – powiedział mi na pożegnanie Dawid – i tak nas dziś zobaczysz w głównej konkurencji, wyścigu wielbłądów. 
    Rzeczywiście, zobaczyłem ich. 
***
    Pojawili się jak samum, pustynna burza, która ni stąd, ni zowąd dopada karawanę, czyniąc spustoszenie, po czym znika w bezgranicznym morzu saharyjskich diun i bezdroży. Zapewne nigdy nie dowiemy się, jaki jest ich rodowód, bo oni sami tego nie wiedzą. Za kilka lat wyginą zupełnie i wraz z nimi pozbędziemy się może już ostatnich na Ziemi ludzi wolnych. Synów bezkresnej pustyni, dumnych i niepokornych panów swego życia i śmierci.
    Znikną jak kropla wody w morzu gorącego piasku…

Tekst: Piotr Jaskólski

Źródło: „Magazyn Globtroter