Nie tylko rejs. Jak naprawdę wygląda dzień podczas wyprawy przez Przejście Północno-Zachodnie?
Pierwsze wrażenie może być mylące. Wsiadamy na nowoczesny statek ekspedycyjny, mamy wygodną kabinę, restaurację, salon obserwacyjny i wszystkie wygody, których oczekuje się od współczesnego rejsu. Ale Ultramarine nie jest miejscem, w którym spędza się całą podróż. Jest raczej ruchomą bazą wypadową, z której każdego dnia ruszamy dalej – w stronę lodu, tundry, fiordów i miejsc, do których nie prowadzi żadna droga.
I właśnie na tym polega różnica między klasycznym rejsem a ekspedycją przez Przejście Północno-Zachodnie.
Tu najciekawsze rzeczy zaczynają się wtedy, gdy schodzimy ze statku.
Zodiacami pod arktyczne klify

Rankiem na pokładzie słychać komunikat zespołu ekspedycyjnego. Pogoda jest dobra, wiatr pozwala na zejście na wodę, więc zaczynamy przygotowania. Zakładamy wodoodporne kurtki, buty i kamizelki ratunkowe, po czym schodzimy do niewielkich łodzi Zodiac.
To właśnie one są jednym z najważniejszych narzędzi podczas całej wyprawy.
Duży statek może bezpiecznie przemieszczać się pomiędzy wyspami i cieśninami, ale dopiero Zodiac pozwala podpłynąć naprawdę blisko arktycznego wybrzeża. Możemy znaleźć się u stóp pionowych klifów Prince Leopold Island, wpłynąć w spokojniejsze zatoki, obserwować góry lodowe z poziomu wody albo wypatrywać zwierząt w miejscach, do których Ultramarine nie może dotrzeć.
Silnik cichnie, łódź zwalnia. Wokół słychać tylko wodę, wiatr i ptaki.
To moment, w którym Arktyka przestaje być panoramą oglądaną z pokładu.
Jesteśmy w jej środku.
Zejście na ląd tam, gdzie nie ma dróg
Innego dnia Zodiac nie zabiera nas na rejs, lecz na brzeg.
Nie ma portu. Nie ma betonowego nabrzeża. Czasem wysiadamy bezpośrednio na kamienistej plaży, a kilka minut później idziemy już przez tundrę.

Tak właśnie poznaje się miejsca takie jak Dundas Harbour na Devon Island, Beechey Island czy odległe fragmenty Wyspy Baffina.
Wędrówki nie zawsze są długie i wymagające. Czasem to spokojny spacer wzdłuż brzegu, innym razem wejście na niewielkie wzgórze, z którego otwiera się widok na fiord. Tempo i trasa zależą od miejsca, warunków oraz możliwości uczestników.
Najważniejsze jest jednak to, że często znajdujemy się w miejscach, gdzie nie ma żadnej infrastruktury turystycznej.
Pod stopami tundra. Przed nami góry. Za plecami morze.
A czasem również ślady historii.
Na Beechey Island znajdują się groby trzech członków ekspedycji sir Johna Franklina. Podczas takiego zejścia na ląd historia Przejścia Północno-Zachodniego przestaje być abstrakcyjną opowieścią. Stoimy dokładnie tam, gdzie ponad 180 lat wcześniej ludzie próbowali przetrwać arktyczną zimę.
Arktyka oglądana z powietrza

Potem przychodzi zupełnie inne doświadczenie.
Na pokładzie Ultramarine znajdują się dwa helikoptery. I to nie tylko efektowny dodatek do statku.
Podczas wyprawy Quark przewiduje lot widokowy helikopterem, który pozwala zobaczyć Arktykę z perspektywy niedostępnej podczas zwykłego rejsu.
Dopiero z góry naprawdę widać skalę tego krajobrazu.
Fiordy, które z poziomu morza wydawały się ogromne, zaczynają ciągnąć się dziesiątkami kilometrów w głąb lądu. Lodowce wypełniają całe doliny, a pomiędzy górami pojawiają się jeziora, rzeki i połacie tundry.
Quark szczególnie zwraca uwagę na możliwość lotów w rejonie Icy Arm Fjord na Wyspie Baffina.
To doświadczenie trwa stosunkowo krótko, ale zupełnie zmienia sposób patrzenia na Arktykę.
Dopiero wtedy rozumiemy, jak ogromny i praktycznie pozbawiony dróg jest ten region.
A jeśli sam lot to za mało?
Dla chętnych dostępna jest także dodatkowo płatna opcja Heli-Landing.
W tym przypadku helikopter nie tylko zabiera uczestników na lot widokowy. Ląduje w miejscu wybranym przez zespół ekspedycyjny – wysoko w górach, w odległej dolinie albo na terenie, do którego nie da się dotrzeć ze statku ani Zodiaciem.

Wysiada się w środku krajobrazu, w którym często nie widać żadnego śladu człowieka.
Nie ma parkingu, ścieżki ani punktu widokowego.
Jest Arktyka.
I właśnie to jest sednem Heli-Landing – dotarcie tam, gdzie bez helikoptera praktycznie nie mielibyśmy szans się znaleźć.
Kajakiem pomiędzy lodem
Jeszcze bardziej kameralnym sposobem poznawania Arktyki są kajaki.
Quark oferuje podczas tej wyprawy dwa warianty.
Sea Kayaking przeznaczony jest dla osób mających doświadczenie kajakowe. Uczestnicy niewielkiej grupy mogą wychodzić na wodę wielokrotnie podczas rejsu, gdy pozwalają na to warunki.
Z poziomu kajaka wszystko wygląda inaczej.
Góra lodowa, którą ze statku oglądamy jako element panoramy, nagle wyrasta kilka metrów obok nas. Słychać delikatne trzaski lodu i plusk wioseł.
Nie ma silnika.
Nie ma tłumu.
Jest tylko niewielki kajak i ogromny arktyczny krajobraz.
Dla osób bez wcześniejszego doświadczenia przygotowano prostszą opcję Paddling Excursion – jednorazowe wyjście na stabilnych kajakach typu sit-on-top pod opieką instruktorów.
To możliwość spróbowania polarnego kajakarstwa bez udziału w pełnym programie Sea Kayaking.
Czy można wejść do arktycznej wody?
Można.
Choć trudno powiedzieć, że jest to aktywność dla każdego.
Polar Plunge to jeden z najbardziej charakterystycznych momentów wypraw polarnych Quarka.

W odpowiednich warunkach uczestnicy mogą wskoczyć na chwilę do lodowatej arktycznej wody.
Wszystko odbywa się pod kontrolą zespołu ekspedycyjnego i z zachowaniem zasad bezpieczeństwa.
Trwa to kilka sekund.
Emocje – zdecydowanie dłużej.
Dla jednych jest to spełnienie marzenia. Dla innych wystarczającym doświadczeniem jest obserwowanie z bezpiecznej odległości, jak robią to pozostali.
Fotografowanie Arktyki – nie tylko profesjonalnym aparatem
W Arktyce trudno przestać robić zdjęcia.
Światło zmienia się niemal bez przerwy. Góry lodowe mają różne odcienie błękitu, nad wodą pojawiają się ptaki, a czasem wystarczy kilka sekund, by na powierzchni pokazał się wieloryb.
Dlatego podczas wyprawy działa także program fotograficzny prowadzony przez specjalistów Quarka.

Nie chodzi wyłącznie o osoby podróżujące z profesjonalnymi aparatami i długimi teleobiektywami.
Eksperci pomagają również tym, którzy fotografują telefonem lub prostszym aparatem – podpowiadają, jak wykorzystać arktyczne światło, jak fotografować zwierzęta i jak komponować krajobrazy.
Czasem najlepsza lekcja odbywa się nie podczas wykładu, lecz właśnie w Zodiaczie, kiedy obok pojawia się góra lodowa albo na wodzie wynurza się waleń.
Powrót na statek nie oznacza końca dnia
Po kilku godzinach na wodzie lub tundrze wracamy na Ultramarine.
Ciepła herbata smakuje wtedy zupełnie inaczej.
Ale dzień jeszcze się nie kończy.
Zespół ekspedycyjny prowadzi wykłady i prezentacje dotyczące miejsc, przez które właśnie przepływamy.
Możemy dowiedzieć się więcej o historii wyprawy Franklina, zachowaniu wielorybów, geologii Wyspy Baffina, lodzie morskim czy kulturze Inuitów.
Nagle to, co zobaczyliśmy kilka godzin wcześniej, zaczyna mieć dodatkowy kontekst.
Klif nie jest już tylko klifem.
Lodowiec przestaje być tylko piękną ścianą lodu.
A Przejście Północno-Zachodnie zaczyna układać się w opowieść o geografii, historii i ludziach, którzy przez stulecia próbowali znaleźć drogę przez Arktykę.
Arktyka także od kuchni
Jedną z najbardziej nietypowych dodatkowych aktywności jest Tundra to Table.
To nie jest zwykła kolacja tematyczna.

Quark przygotował to doświadczenie we współpracy z inuickimi szefami kuchni. Podczas czterodaniowego posiłku uczestnicy poznają produkty, smaki i historie związane z kuchnią Grenlandii i Nunavut.
Poszczególne dania stają się punktem wyjścia do opowieści o sposobie życia mieszkańców Arktyki, tradycyjnych metodach zdobywania żywności i znaczeniu konkretnych produktów w lokalnej kulturze.
Po dniach spędzonych na obserwowaniu krajobrazu dostajemy więc możliwość poznania regionu jeszcze jednym zmysłem.
Smakiem.
Nie ma dwóch identycznych dni
I to chyba najważniejsza rzecz, jaką trzeba wiedzieć o tej wyprawie.
Nie da się dokładnie przewidzieć, jak będzie wyglądał każdy dzień.
Jeżeli pojawią się wieloryby, Zodiac może zmienić kierunek.
Jeżeli lód zamknie planowaną zatokę, zespół ekspedycyjny znajdzie inne miejsce.
Jeżeli pogoda pozwoli na lot helikopterem, można zobaczyć fiord z góry.
A kiedy warunki są idealne, być może zamiast jednego zejścia na ląd uda się zrobić dwa.
W Arktyce program nie jest sztywnym scenariuszem. Jest planem, który natura każdego dnia dopisuje na nowo.
I właśnie dlatego Przejście Północno-Zachodnie tak różni się od zwykłego rejsu.
Tutaj nie jedziemy tylko zobaczyć miejsca.
Płyniemy Zodiacami, schodzimy na tundrę, lecimy nad fiordami, fotografujemy, słuchamy ekspertów, a czasem wskakujemy do lodowatej wody.
Arktykę poznajemy z morza, z lądu i z powietrza.
I każdego dnia trochę inaczej.
Ważne: aktywności zależą od warunków
W Arktyce nie ma sztywnego scenariusza. Realizacja części aktywności zależy od pogody, warunków lodowych, decyzji kapitana oraz zespołu ekspedycyjnego. Dotyczy to zarówno zejść na ląd i rejsów Zodiacami, jak i lotów helikopterem czy aktywności na wodzie.
Część doświadczeń jest wliczona w cenę rejsu, ale wybrane aktywności dodatkowe są płatne i wymagają wcześniejszej rezerwacji, ponieważ liczba miejsc jest ograniczona. Dotyczy to m.in.:
- Sea Kayaking,
- Paddling Excursion,
- Heli-Landing,
- Tundra to Table.
Warto rezerwować je możliwie wcześnie, szczególnie jeśli zależy nam na konkretnej aktywności. Nawet po dokonaniu rezerwacji jej realizacja nie jest jednak gwarantowana — ostateczną decyzję podejmuje załoga w zależności od bezpieczeństwa i aktualnych warunków.
To nie jest wada tej wyprawy, ale właśnie część jej ekspedycyjnego charakteru. Tutaj natura decyduje, co danego dnia będzie możliwe.
Opracowała Aleksandra Panuś