Zadzwoń do nas aby dowiedzieć się więcej: +48 12 633 04 60

Manaus – amazońskie eldorado

24.07.2020

 

Manaus – amazońskie eldorado

         Dla kogoś, kto wyobrażał sobie Amazonkę jako po prostu dużą rzekę, zetknięcie się z rzeczywistością wywołuje lekki szok. Już w okolicach Manaus ma ona około 20 km szerokości, a drugi brzeg wygląda jak cienka linia gdzieś na skraju horyzontu. Biorąc pod uwagę, że  głębokość rzeki dochodzi do 80 metrów, Amazonka toczy niewyobrażalne ilości wody, które słony Atlantyk czynią słodkim jeszcze 300 km od jej ujścia. Największym dopływem jest Rio Negro, łączące się z Amazonką właśnie koło Manaus.

         Płyniemy statkiem wycieczkowym do Encontro das Aquas („spotkanie wód”) – miejsca, gdzie Rio Negro wpada do Rio Solimões, bo tak brzmi lokalna nazwa odcinka Amazonki do granicy z Peru. Widok jest niesamowity, gdyż rzeka jest po prostu dwukolorowa. Ciemne wody Rio Negro płyną obok jasnych jak kawa z mlekiem wód Amazonki, nie mieszając się z nimi. Dwie barwy zanikają dopiero po kilkunastu kilometrach. Zjawisko to jest spowodowane odmiennym pH oraz różną temperaturę i prędkością przepływu wód obu rzek. Kapitan zachęca do kąpieli, ale chętnych nie ma zbyt wielu, bo wiadomo – piranie, kajmany i w ogóle strach przed nieznanym... Pływamy na granicy, raz po ciemnej, raz po jasnej stronie. Woda jest ciepła i przyjemna, a nurt niezbyt silny. Piranie nie atakują. Po tym akcie bezprzykładnej odwagi, jako prawdziwi macho wychodzimy z ulgą na pokład. Tam czeka na nas cachaca – coś w rodzaju miejscowego rumu, i pyszny lancz.

         Wracamy w kierunku Manaus. Rzeka jest tak ogromna, że ze statku prawie nie widać brzegu, jak na morzu. W miejskim porcie naszą uwagę przyciąga ogromny love boat o nazwie „Aramis”, który przypłynął tu z kilkoma tysiącami turystów. Manaus to prawdopodobnie jeden z portów na trasie jego rejsu po Karaibach i portach Ameryki Łacińskiej. Do Atlantyku jest stąd aż 2000 km, ale morskie statki dopływają tutaj bez problemu. Dla dużych jednostek rzeka jest żeglowna na długości 4200 km, aż do Iquitos w Peru.

         Mijamy Manaus i płyniemy dalej w górę Rio Negro. Po jakichś dwóch godzinach wpływamy w jeden z jej bocznych dopływów. Kanały, kanałki i rzeczki, noszące nazwę iguarape, tworzą istny labirynt połączeń w dżungli, znanych tylko tubylcom. Woda stwarza praktycznie jedyną możliwość przemieszczania się w tym terenie. W końcu docieramy do Pousada Amazônia – naszej bazy w trakcie pobytu w dżungli.

Dżungla

         Wchodzimy po schodach na górę, bo budynki ze względu na zmieniający się poziom wody muszą stać wysoko. Ustawione na zboczu lodges tworzą długie pawilony na palach, wysmarowanych substancją odstraszającą insekty, co wzbudza nasze uznanie. Standard przechodzi wszelkie oczekiwania. Czysto, schludnie, wygodne łóżko z moskitierą, łazienka jak w Hiltonie, wentylatory i jeszcze do tego klimatyzacja. Oj, szanują w Amazonii turystów, szanują!

         Wieczorem wsiadamy do dużej łodzi i płyniemy iguarapes zapolować na kajmany. Nasz przewodnik Silvio świecąc latarką po przybrzeżnych płyciznach, szybko wyciąga małego gada. Następny jest już na tyle duży (około półtora metra), że musi po niego wskoczyć do wody. Na łodzi kajman wyrywa się i znika pod siedzeniami. Wśród pasażerów panika. Wszyscy wskakują na ławki i łódź niebezpiecznie się przechyla. Na szczęście kajman, chyba najbardziej przerażony całym zajściem, odnajduje się w dziobie łodzi, skąd zostaje wyciągnięty przez załogę. Szybka sesja zdjęciowa i zestresowane zwierzę wraca do wody.

         Kolejnym punktem programu jest wizyta w indiańskiej wiosce. Przejście przez dżunglę w nocy to dla turysty dość silne przeżycie, tym bardziej, że przewodnik ciągle nas ostrzega przed wężami. Chyba jednak chodzi tu bardziej o „podkręcenie” atmosfery niż o faktyczne zagrożenie. Wioska to raptem kilka chat i kilkunastu mieszkańców. Najpierw częstują nas miejscowym pulque – mętnym napojem alkoholowym podawanym w miseczkach, a gdy już pierwsze lody zostają przełamane, zaczyna się show. Oglądamy animacje scen z polowań i życia w wiosce, tańce rytualne oraz pokaz miejscowej mody. Najbardziej przypada nam do gustu strój szamana, składający się ze skór i zwierzęcej maski, dzięki czemu można odganiać złe duchy.

         Indianie są niscy (mają przeciętnie około 140 cm wzrostu), więc zaproszeni przez nich na wspólne tańce, czujemy się jak na kinderbalu. Proste i łatwe rytmy sprawiają, że bez problemu dotrzymujemy kroku tubylcom. Żeby jeszcze nie było tak gorąco. Temperatura ponad 30°C i prawie stuprocentowa wilgotność powodują, że trudno zdobyć się na trwający dłużej wysiłek. Na zakończenie próbujemy podrzucić do góry wodza wioski, ale ten, chociaż nikczemnego wzrostu, musi ważyć dobrze ponad sto kilo, bo ledwie go odrywamy od ziemi. Śmiechom i żartom nie ma końca. W wiosce można kupić wyroby miejscowego rękodzieła i myśliwskie trofea, figurki, ozdoby i maski. Respekt budzi skóra anakondy – węża, który miał podobno osiem metrów długości. Jak oni upolowali takiego potwora? Wracamy do łodzi tą samą drogą przez dżunglę i płyniemy do naszej bazy. Klimatyzacja, moskitiera, pościel, lodówka. Zupełnie inny świat, a przecież tak bliski, jeden istnieje tuż obok tego drugiego...

         Dżungla to plątanina drzew, krzewów, paproci, palm, pnączy i tym podobnych. Większość roślin to okazy najwyżej kilkunastoletnie. Najstarsze drzewa mają nawet po kilkaset lat i ponad sto metrów wysokości. Korona lasu tworzy gęsty zielony baldachim, słabo przepuszczający promienie słoneczne. Na dole jest więc raczej ponuro, bardzo gorąco i parno. Określenie „amazońskie piekło” dość precyzyjnie oddaje istotę rzeczy. Oto krótki wierszyk będący syntezą wrażeń turysty z pobytu w takim miejscu:

Dla tubylca dżungla, rzeka

To spiżarnia i apteka.

Dla nas magia, więc stoimy

I wszystkiego się boimy!

         Symbolem amazońskich wód jest słynna pirania. W programie nie może więc zabraknąć polowania na te małe krwiożercze rybki. Wędkowanie jest bardzo proste – patyk, kawałek sznurka lub żyłki z dużym haczykiem, na który nakłada się kawałek mięsa. Żadnych kołowrotków, spławików czy ciężarków. Złapać piranię nie jest jednak tak łatwo, gdyż sprytna rybka nie połyka przynęty, ale ją szarpie, ściągając z haczyka. Po wielu próbach kilkanaście sztuk ląduje jednak w łodzi. Aby zwabić piranie, specjalnie robi się hałas, mocno mieszając wodę wiosłem. Rybki mają małe, ale ostre zęby, dlatego przy zdejmowaniu piranii z haczyka trzeba uważać, bo łatwo jest się boleśnie skaleczyć. Odwiedzamy też tubylców, którzy mieszkają w pływających lub stojących na palach domach. Tubylcy to w większości tzw. caboclos, czyli Metysi. W czasach gorączki kauczukowej przybyło tu wielu seringueiros (zbieraczy kauczuku), głównie białych, ale nie tylko. Poskutkowało to sporym wymieszaniem się ras. W Amazonii caboclo oznacza też biedaka, co, jak by na to nie patrzyć, odzwierciedla poziom życia miejscowej ludności. Caboclos przyjmują nas życzliwie. Pokazują swoje domostwa, częstując plackami z manioku. Mają dużo dzieci, bo im więcej potomków, tym większa szansa, że któryś z nich zaopiekuje się rodzicami, gdy będą już starzy. Ot, taka naturalna ekonomia!

Miasto

         W drodze powrotnej docieramy łodziami do jakiegoś mostu, gdzie czeka już nasz autokar, który asfaltowo-szutrową drogą przez dżunglę dowozi nas do brzegu Rio Negro. Stamtąd płyniemy dalej promem samochodowym. A wydawało się, że jesteśmy w kompletnej głuszy! Z pokładu promu Manaus, z powoli wyłaniającymi się wieżowcami, wygląda trochę tak, jak Manhattan. Miasto, założone w 1669 r. jako mały fort São José da Barra przez portugalskich osadników dla obrony przed Holendrami, zawdzięcza swą nazwę plemieniu Manaos, zamieszkującemu kiedyś te tereny.

         Autobus zabiera nas do centrum, a konkretnie do Teatro Amazonas – opery wybudowanej w 1896 r., czyli w okresie największej prosperity. Budynek w stylu włoskiego renesansu, z marmurowymi ścianami i kolumnami, francuskimi meblami, elektrycznymi świecznikami i żyrandolami, musiał w tamtych czasach wywoływać szok, podziw i zachwyt. Perła cywilizacji w środku amazońskiej selwy – to było coś! Innym słynnym obiektem jest Mercado Municipal, kopia Les Halles w Paryżu, którego elementy konstrukcyjne wykonano w zakładach samego Gustave’a Eiffela. Stojący tuż nad rzeką zabytek dalej dzielnie pełni rolę targowiska. Można tu kupić przede wszystkim świeże ryby, warzywa i owoce. Zapachy w hali nie są najciekawsze, więc dla poprawy samopoczucia pijemy napój z bardzo tutaj popularnej guarany, która działa podobno jak kawa, Red Bull, cytryna i czosnek jednocześnie i pomaga dosłownie na wszystko. Katedra w Manaus, gdzie Jan Paweł II celebrował mszę podczas swojej pielgrzymki w 1980 r., jest otoczona niewielkim parkiem, w którym rosną hevea brasiliensis słynne drzewa kauczukowe. To one przyniosły miastu bogactwo i sławę w złotym okresie 1890–1920. Wynalezienie procesu wulkanizacji wywołało dynamicznie rosnące światowe zapotrzebowanie na kauczuk naturalny. Popyt ten zaspokajała wtedy Amazonia. W tamtych czasach Manaus było uważane za najbogatsze miejsce na świecie! Prawdziwe eldorado. Bierzemy po kilka nasion kauczukowca na szczęście. Może i nam pomogą zdobyć fortunę...

tekst: Bogdan Floriańczyk

Źródło: „Magazyn Globtroter