Obrazki z Masai Mara

Obserwując z auta oddaloną zaledwie o parę metrów rodzinę lwów, zastanawiałem się, na ile to, co widzę, można jeszcze nazwać dziką przyrodą. Dwie samice z kilkoma małymi kociakami leżały na wyschniętej trawie, dysząc z upału, bowiem słońce prażyło niemiłosiernie, a wokół, jak okiem sięgnąć, nie było widać żadnego cienia. W pewnym momencie dwa małe lwiątka odkryły, że jednak cień można znaleźć, i... weszły pod nasz samochód terenowy. Rytmiczne uderzanie stopami w podłogę nie było w stanie skłonić maluchów do opuszczenia okazyjnie zdobytego zadaszenia. W końcu kierowca otworzył drzwiczki i schylając się pod pojazd, zaczął pohukiwać coś w swoim narzeczu. To przekonało nieletnią „dziką przyrodę”, żeby poszukała sobie schronienia pomiędzy łapami samic, które obserwowały całą scenę z niezmąconym spokojem.

Po chwili pojawił się samiec, zapewne ojciec lwiątek, które uradowane podbiegły do niego, próbując figlami zwrócić na siebie uwagę. Nadaremnie – samca absorbowały inne sprawy. Zbliżył się do jednej z lwic, zamruczał i zaczął oddalać się w kierunku niewielkiej kępy traw, a lwica podążyła za nim. Para zaczęła na siebie porykiwać i szczerzyć kły. Choć wyglądało to na sprzeczkę, stanowiło – jak zawsze – tylko element „gry wstępnej” tych kotów. Po chwili lwy przystąpiły do kopulacji. A jaka była sceneria tej intymności? Bezkres trawiastej równiny, błękit rozświetlonego równikowym słońcem nieba i.... sześć samochodów stojących półkolem wokół tego obszaru namiętności, a w nich trzydziestu sześciu turystów z aparatami fotograficznymi wycelowanymi w ten jeden, wiadomy kierunek. W pewnym momencie w którymś z pojazdów rozległo się głośne i pełne zachwytu, chóralne uuuuu!!! – wyraźnie w kobiecym wykonaniu. Domyśliłem się, że przewodnik powiedział obecnej tam żeńsko-męskiej grupie, że lew kopuluje średnio pięćdziesiąt razy (!) na dobę, czyli mniej więcej co piętnaście minut, i to przez kilka dni. Po chwili rozniosło się donośne aaaaa! – tym razem były to męskie głosy. Zapewne brzydsza część grupy usłyszała, że samiec zwykle ma harem złożony z paru lwic, śpi po dwadzieścia godzin na dobę, zaś o pożywienie muszą troszczyć się samice, które przynoszą mu pod nos złowioną zwierzynę. A samiec najczęściej przepędza je, by najpierw samemu się najeść – stąd powiedzenie „lwia część”. Byłem ciekawy, który entuzjazm okazał się... trwalszy. Paradoks polega na tym, że niemożliwe jest podpatrzenie prawdziwie pierwotnych zachowań zwierzyny: jeśli się ją podgląda, to w zasadzie przestaje być dzika. Nawet jeśli lwy żyją na swobodzie, nie są dokarmiane, tylko same polują, to czy można je nazwać dziką zwierzyną, jeżeli reagują na obecność człowieka dopiero wtedy, gdy samochód przejedzie im po ogonach? Kenijski rezerwat Masai Mara jest połączony ze słynnym tanzańskim Parkiem Narodowym Serengeti, tworząc jeden z najbardziej niezwykłych skarbców przyrody na świecie. Zresztą na mapie turystycznej Kenia i Tanzania są podobne do siebie: ten sam klimat, flora i fauna. Jednocześnie sytuacja wewnętrzna w obu tych państwach jest na tyle stabilna, że możemy zaplanować podróż w te rejony Afryki bez obawy, iż znajdziemy się na drodze kolejnej rewolucji, przewrotu czy plemiennej rzezi à la Ruanda. Jest to o tyle istotne, że właśnie niepewna sytuacja polityczna (oprócz zwykłego braku infrastruktury) dyskwalifikuje większość państw Czarnego Kontynentu jako ewentualny cel wypraw turystycznych. Na terenie Masai Mara (podobnie jak i pozostałych obszarów chronionych w Kenii) można poruszać się jedynie wyznaczonymi trasami, z których nie wolno zjeżdżać. Całe szczęście, że nikt tu nie wpadł na pomysł, żeby wyasfaltować drogi, jak to zrobiono w Parku Narodowym Krugera w RPA. Tam poruszanie się po terenie jest na pewno wygodniejsze niż przedzieranie się przez wertepy, które po deszczach często zalane są mętną wodą o nieokreślonej głębokości. Ale gdzie tu przygoda? Gdzie posmak autentyczności, jeśli brakuje tylko świateł na skrzyżowaniach i zebr przechodzących karnie po zebrach na jezdni?
Dla miłośnika przyrody całodzienne safari zawsze będzie ekscytującym przeżyciem. Głównym celem takiego przedsięwzięcia jest zaliczenie przysłowiowej big five, czyli wielkiej piątki: słonia, nosorożca, bawołu, lwa i lamparta. Nie zawsze jest to łatwe, ale kierowcy, będący zarazem znakomitymi przewodnikami, są w stanie znaleźć przynajmniej większą część tego doborowego towarzystwa. Na początku safari każde zwierzę budzi zachwyt turystycznej braci strzelającej z aparatów do każdego napotkanego osobnika, niezależnie od jego gatunku czy rozmiaru. Z czasem każdy robi się wybredniejszy, by pod koniec dnia reagować jedynie na naprawdę grubego zwierza.
Jeśli w jakimś dniu szczególnie ciężko natrafić na atrakcyjną zwierzynę, należy dobrze się rozglądać, aby ujrzeć gdzieś na horyzoncie... nieruchomą grupę pojazdów w liczbie przekraczającej średnią statystyczną. To widomy znak, że wytropiono tam coś ciekawego. Do szczęściarzy dołączają kolejni i bywa, że w ten sposób tworzy się cała kawalkada pojazdów „tropiąca” jakiegoś nosorożca, lwa czy bawoły, najczęściej odnoszące się do całego tego rozgardiaszu ze stoickim spokojem. W zasadzie jedynym stworzeniem na sawannie, które czasami traci cierpliwość do zbyt natarczywych przedstawicieli gatunku „homo sapiens photographicus” jest słoń. To prawdziwy mocarz sawanny, największy ssak lądowy, który ważąc około pięciu ton, nie musi wystrzegać się drapieżników. Słonie można zaobserwować albo w stadzie – wtedy są to przeważnie samice z młodymi, albo jako pojedyncze olbrzymy, wędrujące jak krążowniki po przestworzach trawiastych oceanów. Samotny słoń to prawie zawsze samiec, wyrzucony za młodu z macierzystego stada, aby po osiągnięciu dojrzałości płciowej nie interesował się własnymi siostrami, tylko znalazł sobie samice w innym stadzie. Jako że samica słonia ma ruję bardzo rzadko, samiec nie ma za często okazji do miłości. Niejednokrotnie musi czekać parę lat, zanim nadarzy się okazja do kopulacji, a nadmiar testosteronu powoduje, że w chwilach szczególnej potrzeby jest podenerwowany i potrafi być agresywny. Całe szczęście, że taki stan zwierzęcia rozpoznają bezbłędnie miejscowi kierowcy. Zresztą słoń nigdy nie atakuje znienacka, tylko najpierw straszy, podbiegając z rozłożonymi uszami do przeciwnika, aby wizualnie dodać sobie wielkości. Wtedy nie jest jeszcze tak najgorzej, bo jeśli naprawdę chce zaatakować, kładzie uszy po sobie (aby ich nie uszkodzić) i szarżuje. Dlatego kierowcy dżipów zbliżając się do słoni, trzymają rękę na pulsie i nie spuszczają nogi z pedału gazu. Ale słonie nie są specjalnie odważne. Przywykły, że gdy zbliżają się z rozłożonymi uszami do pojazdu, ten cofa się natychmiast, przezornie ustępując im pola. Pewnego razu w takiej sytuacji nasz kierowca przegazował i silnik zgasł. Słoń zbliżył się, przez chwilę przyglądał się, zdumiony, nieruchomemu (czyli nieprzestraszonemu) pojazdowi, po czym wykonał gwałtowny zwrot w tył i uciekł z uniesionym śmiesznie ogonem. Widać tak przywykł do ogranego wiele razy wcześniej scenariusza, że odstępstwo od reguły: kto straszy, a kto ma się bać, zupełnie wytrąciło go z równowagi. Słonie to w zasadzie ogromne przetwórnie trawy, w dodatku nieefektywne, gdyż ich wielki żołądek trawi tylko 30% masy zielonej. Reszta jest wydalana, ku wielkiej radości żuków gnojowików, które lepiąc z nawozu kulki, toczą je do podziemnych norek i użyźniają przy okazji sawannę. Dzięki temu obszar trawiasty produkuje siedem razy więcej masy zielonej niż dżungla z takiego samego areału. A to umożliwia utrzymanie niewiarygodnej liczby przeżuwaczy, włącznie z gigantycznymi stadami gnu, z których słynie Masai Mara. Sezonowa – w lipcu i sierpniu, wędrówka tych zwierząt między pastwiskami rozdzielonymi rzeką Mara (od której park wziął swoją nazwę) to zapewne jeden z najbardziej niezwykłych widoków na naszej planecie. Rzeka pełna jest krokodyli, które mają w tym okresie swoje żniwa, bez trudu polując na zniesione nurtem wody, słabsze sztuki. Gdy obserwuje się te groźnie wyglądające drapieżniki o wystających nawet z zamkniętej paszczy zębach, trudno uwierzyć, że największym zabójcą ludzi w Afryce jest nie krokodyl, lecz... hipopotam! Całe pokolenia europejskich dzieci wychowywały się na dobranockowych kreskówkach, w których przemiłe „hipcie” pełniły rolę poczciwych, zawsze radośnie uśmiechniętych grubasów. Zderzenie bajki z rzeczywistością zapewne mogłoby być szokujące dla naszych pociech. Hipopotamy, uzbrojone w kły o długości do czterdziestu centymetrów, mogą jednym kłapnięciem paszczy przedziurawić krokodyla. Zagrożeniem dla hipopotamich noworodków nie są krokodyle – żaden z nich nie odważy się nawet spojrzeć w ich stronę, gdy przebywają pod czujnym okiem matki – ale właśnie samce hipopotamów, które z nie do końca wyjaśnionych przyczyn potrafią zabijać własne potomstwo! Chociaż hipopotamy kojarzą się powszechnie ze środowiskiem wodnym, to jednak faktycznie przebywają w wodzie tylko za dnia, aby chronić swą bardzo wrażliwą skórę przed działaniem promieni słonecznych. Nocą wychodzą na przybrzeżne pastwiska, żeby swymi szerokimi pyskami kosić trawę. Biada temu, kto znajdzie się w pobliżu – hipopotam pomimo swojej wagi (półtora tony) potrafi błyskawicznie szarżować, gdy poczuje się zagrożony. Na te bestie nie odważą się polować nawet lwy, które umieją poradzić sobie z bawołem. W wodzie hipopotamy mogą także być niebezpieczne, bywa, że również dla siebie nawzajem. Jako jedne z nielicznych zwierząt potrafią zabijać się w trakcie walk godowych. Zwycięski samiec zajmuje pewien odcinek brzegu i stara się zgromadzić tam jak najwięcej samic, zalecając się do nich w „urokliwy” sposób: staje do nich tyłem i wypróżnia się samicy prosto przed nosem, jednocześnie roztrzepując nawóz na boki energicznymi ruchami krótkiego ogona. Ciekawe, że nazwa „hipopotam” jest pochodzenia greckiego i znaczy tyle, co koń rzeczny. Jeśli w wyobraźni zestawimy szare zwaliste cielsko konia rzecznego z koniem lądowym z grzywą, to dojdziemy do wniosku, że Grecy musieli chyba mieć duże poczucie humoru.

O ile gazele są praktycznie bezbronne, to już taka zebra potrafi czasem obronić się w chwili zagrożenia, wymierzając (jak wszystkie konie) potężne kopniaki tylnymi nogami. Nierzadko robi to tak skutecznie, że łamie szczękę lwu, który tym samym zostaje skazany na śmierć głodową. Czarno-białe pasy zebr widoczne są już z daleka i nie wiadomo czemu służą – w każdym razie na pewno nie kamuflażowi. Niektórzy badacze twierdzą, że uciekające blisko siebie zebry razem tworzą w oczach drapieżników ruchomy pasiasty obraz, na którym zacierają się sylwetki poszczególnych osobników, co skutecznie dezorientuje napastnika. Za to na pewno pasy zebr pełnią szczególną rolę identyfikacyjną, bowiem czarno-biały wzór na skórze jest niepowtarzalny, tak jak nasze linie papilarne na palcach. Gdy rodzi się zebra, kieruje wzrok ku matce i w tym momencie następuje „wdrukowanie” niepowtarzalnego wzoru pasów matki do pamięci źrebaka, który odtąd rozpoznaje ją wśród innych zebr jedynie w ten sposób. Gdyby czarnym flamastrem choćby tylko lekko zniekształcić jakiś pasek, mała zebra padnie z głodu, bo nie odnajdzie własnej matki, a cudze nie będą jej karmić. Jeśli syci wrażeń dzikiej fauny mamy ochotę na dzikość innego rodzaju, to najprzyjemniejsza będzie wizyta w jednej z wielu wiosek masajskich leżących w pobliżu Masai Mara. Masajowie żyją już od stuleci na tym terenie. W zgodzie i harmonii z przyrodą wypasają swe stada bydła, których liczebność jest dla nich synonimem bogactwa i pozycji społecznej. Jeśli Masaj chciał zostać uznany za pełnowartościowego wojownika, musiał zmierzyć się z władcą sawanny, uzbrojony jedynie w dzidę i chroniony tarczą. Wynik spotkania bywał więc różny i niejako bardziej fair dla samego lwa. Ale potem pojawił się biały człowiek, który na oczach Masajów urządzał prawdziwą jatkę dzikiej zwierzyny, strzelając do niej z broni dużego kalibru, z „rozsądnej” odległości. A kilkadziesiąt lat później ten sam biały człowiek oznajmił Masajom, że teraz w ogóle nie można polować, bo ich ziemia to obszar chroniony. Przed samymi Masajami również. Tubylcom zapewne ciężko nadążyć za takim sposobem myślenia. Wioski masajskie są autentyczne, to znaczy nieprzeznaczone tylko dla turystów, ale ci są jak najbardziej mile widziani, podobnie jak dolary (i to niemało), które trzeba zapłacić wioskowej starszyźnie za możliwość podglądania tej niezwykłej kultury. Chociaż jest ona coraz bardziej skomercjalizowana, to jednak w dalszym ciągu zachowuje swój niezwykły koloryt.

Robert Nawrocki

AKTUALNOŚCI

Z MYŚLĄ O KONESERACH: TOGO, BENIN, GHANA, WYBRZEŻE KOŚCI SŁONIOWEJ - nowy termin!

13.09.2017 ZOBACZ

WYPRAWA SUDAN, ERYTREA - TYLKO DLA PRZYJACIÓŁ BIURA

13.06.2017 ZOBACZ

KILIMANDŻARO PO RAZ KOLEJNY ZDOBYTE!

25.01.2017 ZOBACZ

Prestige Tours z nagrodą Małopolski Dąb!

22.12.2016 Jest nam miło poinformować, że zostaliśmy wyróżnieni przez Związek... ZOBACZ

KILIMANDŻARO ZDOBYTE !!!

07.11.2016 ZOBACZ

NOWA GWARANCJA UBEZPIECZENIOWA NA 2016/2017 ROK

07.11.2016 ZOBACZ

Róża Kolumba za najlepszy katalog premium "Najciekawsze Miejsca Świata 2016/17"

29.04.2016 ZOBACZ

WYRÓŻNIENIE "ODYS 2015"

12.01.2016 Jest nam miło poinformować, że zostaliśmy wyróżnieni przez Krakowską... ZOBACZ

PRESTIGE TOURS TOUROPERATOREM ROKU 2015

28.10.2015

Jest nam niezmiernie miło poinformować Państwa, iż nasze biuro... ZOBACZ