Mekong i azjatycki kochanek

Miałam marzenie, aby jak francuska pisarka Marguerite Duras popłynąć Mekongiem, wspominając, tak jak ona w swej powieści "Kochanek", namiętne chwile spędzone w towarzystwie romantycznego Chińczyka o migdałowym spojrzeniu. Pewnego styczniowego dnia w roku węza, w towarzystwie ukochanego przeprawiłam się łodzią przez granicę między Tajlandią a Laosem i popłynęłam Mekongiem.

Po przedostaniu się na stronę laotańską wsiedliśmy do motorówki i wyruszyliśmy z nurtem rzeki. Etap podróży, który właśnie rozpoczęliśmy, w niczym nie przypominał sielankowego rejsu, był to raczej rajd w stylu Roberta Kubicy. Motorówka okazała się superszybka. Ponieważ poziom wody w rzece był niski, baliśmy się, że sterujący łódką kapitan zahaczy o podwodne skały i nasza trójka roztrzaska się na drobne kawałki o wystające głazy. Odsłonięte strome brzegi, tak bliskie masy mętnej wody, pęd łodzi i niemożność porozumienia się z osobą, w której rękach spoczął nasz los, potęgowały w nas świadomość, że ta chwila życia to jazda na krawędzi, diabelski młyn bez pasów bezpieczeństwa i kamizelek ratunkowych, i to z własnego wyboru. Tylko histeryczny śmiech pomagał nam zachować względną równowagę psychiczną i opanować chęć wyskoczenia z tej piekielnej machiny w odmęty Mekongu. Nareszcie łódź stanęła przy małej przystani. Radość z zakończonej zabawy w wodnym lunaparku nie trwała długo, gdyż laotański kapitan zatankował paliwo i włączył megasilnik. Ruszyliśmy z ogłuszającym warkotem silnika i z nerwowym śmiechem wyrywającym się z naszych rozedrganych trzewi.
Pod wieczór zatrzymaliśmy się w pewnej nadbrzeżnej wiosce. Zostaliśmy poczęstowani herbatą przez gospodarza jedynego w tym miejscu pensjonatu dla podróżnych. Na ławce przed domem zostawiłam, już w ciemności, aparat fotograficzny, tutaj wart majątek. Po godzinie wróciłam po niego i już go nie znalazłam. Weszłam do jedynej knajpy w wiosce i ku mojemu zaskoczeniu siedzący tam młodzieńcy, uśmiechając się szeroko, coś do mnie mówili, pokazując na barmana. Ten z tajemniczą miną wyciągnął spod lady mój aparat. Wskazując na jednego z młodzieńców, dał mi do zrozumienia, że to właśnie ten młodzian znalazł to trofeum. W ramach rewanżu postanowiliśmy postawić wszystkim kolejkę, ale oburzony barman powiedział swoją angielszczyzną, że jako goście to my mamy obowiązek dać się poczęstować.
Przed nocą poszliśmy nad brzeg Mekongu. Zebrała się tam spora grupka miejscowych spacerowiczów. Usiedli z nami na brzegu, wszyscy bardzo skromnie ubrani, niektórzy wręcz w łachmanach, ludzie żyjący z dnia na dzień, bez perspektyw na bogactwo czy nawet emeryturę, na jakąkolwiek opiekę socjalną, rybacy, otwarci na przybyszów, pragnący, aby ci zachowali dobre wspomnienia ze spotkania z nimi. Po wielu próbach nawiązania rozmowy wszyscy zapatrzyliśmy się na czarną taflę płynącej wody, łodzie na nabrzeżu, niebo nad nami, i w naszych umysłach zapanował spokój. W tej wiosce spędziliśmy jedną noc, zerkając przez szpary w ścianie na rozgwieżdżone, bajeczne niebo.
Nazajutrz wyruszyliśmy do oddalonej o parę godzin marszu, innej górskiej wioski. Wieczorem, siedząc na zydelku w izdebce wynajętej na tę jedną z pierwszych nocy w podróży poślubnej, mój ukochany miał rozgorączkowane oczy, błyszczące w ciemnej izbie i straszliwie kaszlał. Później był leczony przez kilka dni przez wszystkie najpiękniejsze mieszkanki tej wioski, podające mu napary napotne z miejscowych ziół. Śniło mi się wtedy, że przedzierałam się przez dżunglę otaczającą wioskę, szukając specjalnego zielska, które miało podobno działać najskuteczniej na kaszel i po które wysłały mnie podstępne opiekunki chorego. Wędrówka po okolicy doprowadziła mnie do schowanej w gęstej roślinności, starej świątyni buddyjskiej.
Po kilku dniach spędzonych w wiosce popłynęliśmy dalej, tym razem na pokładzie lokalnego stateczku. Podróżowaliśmy w towarzystwie przeraźliwie kaszlących, plujących na pokład tubylców, najczęściej chorych, którzy jechali do lekarzy aż do stolicy Laosu – Wientianu, i wszelkiej maści domowego inwentarza, deptającego po naszych stopach kopytami, rozpychającego się dziobami, bodącego różkami. Postoje starałam się wykorzystać
na szukanie ustronnego miejsca. Nie mogąc go znaleźć, zrezygnowana, przy kolejnym przystanku ustawiłam się w szeregu wzdłuż nabrzeża z rdzennymi Laotankami i grzecznie przykucnęłam na widoku publicznym. Aby uświadomić sobie, co oznacza podróż po Mekongu, trzeba wiedzieć o podwodnych skałach, wirach wodnych, niespodziewanych zakrętach i tych wszystkich pułapkach, jakie zastawiła wielka rzeka na niedoświadczonego sternika.
Aby wiedzieć, co taka podróż niesie najwspanialszego i niespodziewanego, należy po prostu w odpowiednim momencie zapomnieć o tych przykrościach i być już tylko tu i teraz, na największej rzece Półwyspu Indochińskiego. Mekongiem można płynąć na wiele sposobów, snując marzenia, rozkoszując się pięknem krajobrazu i drżąc ze strachu przed wodną tonią. Wobec ogromu żywiołu można poczuć się tak, jak człowiek widziany przez francuskiego filozofa Pascala: myśląca trzcina lub źdźbło ryżowej trawy na wietrze.
Mekong rodzi się w śniegach gór Tangla na Wyżynie Tybetańskiej, w prowincji Qing Hai, na wysokości 5000 m n.p.m. Przelewa się z hukiem przez wąwozy i górskie skały. Ma 4900 km długości. Przepływa przez Chiny, granicą Myanmaru (Birmy), Laos, granicą Tajlandii, Kambodżę i Wietnam. Swój bieg kończy, wpadając do Morza Południowochińskiego; tworzy deltę o powierzchni ponad 70 000 km2. Ludzie zamieszkujący brzegi Mekongu stanowią niezwykłą mozaikę narodowości mówiących różnymi językami. Nad Mekongiem nie ma wielu miast przemysłowych, a ogromny potencjał hydroenergetyczny rzeki wykorzystuje się tylko w niewielkim stopniu. Tempo życia nad Mekongiem, nazywanym w Tajlandii i Laosie Mae Naam Khong, jest spokojne. Głównymi miastami leżącymi na brzegach tej rzeki są Luang Prabang i Wientian w Laosie oraz Phnom Penh w Kambodży.
Luang Prabang to religijne centrum Laosu, miasto świątyń, pogrążona w zieleni mekka buddystów. Biorąc pod uwagę jego piękno, nic dziwnego, że przyciąga turystów. Niedaleko Luang Prabang, nad rzeką, są jaskinie Pak Ou, gdzie wybrałam się wynajętą łódką w towarzystwie poznanych Szkotów. Mąż został w mieście, gdyż, jak twierdził, miał na jakiś czas dość przygód na wodzie. Jaskinie Pak Ou wywierają niezwykłe wrażenie. Od wieków były w nich składane posągi Buddy, od miniaturowych do dość dużych; stoją jeden obok drugiego, stłoczone niczym żołnierze jakiejś armii. W drodze powrotnej łodzią kierował dziesięcioletni syn sternika, ponieważ ten położył się spać. Mały dzielnie lawirował wśród podwodnych skał, ale gdy stwierdził, że znalezienie właściwej drogi przekracza jego możliwości, wypuścił z rąk ster, przedostał się na tył łodzi i próbował dobudzić śpiącego tam ojca. Udało się. Łódka dotarła do nadrzecznej wioseczki, gdzie sprzedawano lokalny alkohol i wyroby rękodzieła. Kupiłam tam wyszywany barwnymi nićmi kaftan. Na czarnym lnie wyhaftowano nieporadną ręką bajecznie kolorowe słonie wielkości motyli i motyle w tych samych proporcjach. Słonie wyglądają, jakby latały z motylami wśród kwiatów. W Laosie ta wizja artysty nie dziwi. Miniaturowe słonie, gigantyczne motyle, wężowe kwiaty i śpiący Budda mieszkają w głowach Laotańczyków, a na ich twarzach gości dziecięcy, szczery uśmiech. Na zakończenie wizyty w wiosce posililiśmy się miejscowym specjałem – ociekającymi krwią strzępkami mięsa węża jako zakąską do miejscowego bimbru.
Z pewnością równie sławna jak sam Mekong jest delta Mekongu z polami ryżowymi. Obecność pól ryżowych w delcie wiąże się z wielkim, pełnym ryb, leżącym w Kambodży jeziorem Tonle Sap. Mekong jest z nim połączony kanałem. W lecie na skutek deszczów monsunowych poziom wody w rzece jest wyższy niż wody w jeziorze. Jezioro napełnia się wodą i zwiększa swą powierzchnię do ponad 10 000 km2, stając się trzy razy większe niż w porze suchej. Pod koniec pory deszczowej wody jeziora przelewają się do delty. Niegdyś delta była pełna bagien, w których żyło wiele krokodyli. Obecnie tworzy sieć niezliczonych kanałów z przerzuconymi nad nimi, bambusowymi małpimi mostkami. Kanałami przemieszczają się niezliczone sampany zmierzające każdego ranka w stronę pływających targów. Barki są wypełnione różnorodnymi towarami: drobiem, zwierzętami hodowlanymi, warzywami, smacznymi owocami. W delcie jest mnóstwo ogrodów, sadów, pól uprawnych. Ale najważniejsze są założone tam plantacje ryżu.
Ryż jest podstawowym składnikiem pożywienia ogromnej części ludności krajów azjatyckich. Jego uprawy pojawiły się prawdopodobnie najpierw w Indiach i Chinach, przed 8000 lat. Stamtąd ryż siewny (Oryza sativa) trafił na pola w innych regionach o klimacie tropikalnym. Uprawa ryżu nie należy do łatwych, gdyż jest to roślina bardzo wymagająca. W delcie Mekongu rozpościerają się plantacje ryżu uprawianego na polach zalanych wodą. Ryż potrzebuje zazwyczaj kilku miesięcy, aby dojrzeć do zbiorów. W niektórych rejonach można liczyć nawet na czterokrotne
zbiory w roku. Widok pracujących na polach ryżowych ludzi, pochylonych, brodzących w wodzie, osłoniętych od prażącego słońca słomkowymi kapeluszami, jest w wielu miejscach w Azji Południowo-Wschodniej naturalnym elementem krajobrazu. W licznych krajach azjatyckich plony zbiera się jeszcze ręcznie, za pomocą sierpa, a do młocki często wykorzystuje się bawoły, które tratują zebrane snopki dotąd, aż oddzieli się ziarno od plew. Najwartościowsze, najbogatsze w węglowodany są niepolerowane ziarenka, zwane ryżem brązowym. Ryż biały, polerowany, tak bardzo popularny na naszych stołach, ma o wiele mniejsze właściwości odżywcze. Z ziaren ryżu wytwarza się także mąkę ryżową, piwo, wino i mocne alkohole. Pod względem wielkości produkcji ryż jako roślina zbożowa zajmuje drugie, po pszenicy, miejsce na świecie.
Mekong jest rzeką dla sześciu krajów, dla wielu milionów ludzi. Niesie stopione śniegi z Wyżyny Tybetańskiej, śpiewy mnichów, przepływa przez doliny otoczone zielonymi górami, w których mieszkają ludy o niezwykłych zwyczajach. Mekong był i jest świadkiem wielu okrutnych historii. Nie będziemy o nich teraz wspominać, nie będziemy też tym razem pisać o przemycie, narkotykach, walce o godność ludów zagubionych w dżungli, o prześladowaniach jednych narodów przez drugie. Mekong płynie przez kraje pełne wspaniałych świątyń, bujnej przyrody, kolorowych wonnych kwiatów, kraje, gdzie ludzie mówią dźwięcznymi, śpiewnymi językami – Tajlandię, Laos, Myanmar (Birmę), Kambodżę, Chiny i Wietnam. Czy jest ktoś, kto jeszcze nie nabrał ochoty, aby popłynąć Mekongiem, niekoniecznie w objęciach azjatyckiego kochanka?

AKTUALNOŚCI

Z MYŚLĄ O KONESERACH: TOGO, BENIN, GHANA, WYBRZEŻE KOŚCI SŁONIOWEJ - nowy termin!

13.09.2017 ZOBACZ

WYPRAWA SUDAN, ERYTREA - TYLKO DLA PRZYJACIÓŁ BIURA

13.06.2017 ZOBACZ

KILIMANDŻARO PO RAZ KOLEJNY ZDOBYTE!

25.01.2017 ZOBACZ

Prestige Tours z nagrodą Małopolski Dąb!

22.12.2016 Jest nam miło poinformować, że zostaliśmy wyróżnieni przez Związek... ZOBACZ

KILIMANDŻARO ZDOBYTE !!!

07.11.2016 ZOBACZ

NOWA GWARANCJA UBEZPIECZENIOWA NA 2016/2017 ROK

07.11.2016 ZOBACZ

Róża Kolumba za najlepszy katalog premium "Najciekawsze Miejsca Świata 2016/17"

29.04.2016 ZOBACZ

WYRÓŻNIENIE "ODYS 2015"

12.01.2016 Jest nam miło poinformować, że zostaliśmy wyróżnieni przez Krakowską... ZOBACZ

PRESTIGE TOURS TOUROPERATOREM ROKU 2015

28.10.2015

Jest nam niezmiernie miło poinformować Państwa, iż nasze biuro... ZOBACZ