Goa - portugalskie klimaty w Indiach

Plaże na Goa mają piasek tak drobny, że pod stopami wydaje on odgłos podobny do chodzenia po zmarzniętym śniegu lub do pocieranej w ręce mąki ziemniaczanej. Na początek banał, ale prawdziwy.

Skąd to się bierze, że Indie są uznawane za kraj, w którym nędza jest niewyobrażalna. - Nigdy tam nie wrócę, ta bieda mnie przeraża - słyszałem nie raz. I z takim nastawieniem do Indii jechałem. Zaczynaliśmy wprawdzie od Bombaju, miasta przemysłowego, ale to już miał być przedsionek piekła. Tymczasem czekało rozczarowanie w pozytywnym znaczeniu. Jeśli oczywiście stopień nędzy może być przedmiotem rozczarowania. Jest ona rzeczywiście jak na europejskie warunki skrajna, choć nie do końca - cygańskie osiedla we wschodniej Słowacji i w Rumunii mogą z indyjską nędzą spokojnie iść w konkury. Jednak starając się patrzeć przez pryzmat całego świata, a nie tylko jego uprzywilejowanej części, tak samo wygląda 90% naszej planety. Nie wiem skąd biorą się opinie o wyjątkowości hinduskiej nędzy.
Być może dla wielu turystów odwiedzających Indie jest to pierwsze spotkanie z globalną rzeczywistością. Nikt mi nie wmówi, że slumsy na indyjskim subkontynencie prezentują się gorzej niż te na obrzeżach Mombasy, Addis Abeby czy Limy. Tak się złożyło, że choć trochę świata widziałem, w Indiach wcześniej nie byłem. Pod wpływem relacji byłem przekonany, iż Sri Lanka to takie porządniejsze Indie.
-Jedź na Cejlon opowiadałem ludziom chcącym zobaczyć tamtą część świata – atmosferę poczujesz, ale w lepszym wydaniu.
A to przecież bzdura, nawet Indie południowe biedniejsze niż północ kraju, są od Sri Lanki bogatsze.
Czy to skażenie medialną współczesnością, gdzie wszystko musi być niesamowite, niespotykane, skrajne i ekscytujące. Swój kamyczek dokładają też niestety reportażyści, nawet ci najwięksi, których książki są moim zdaniem beletrystyką częściowo opartą na rzeczywistości. Po dawce emocji, jaką serwują reportaże ze świata, nie ważne ile jest w nich przerysowań, każdy czuje się zobowiązany do identycznej ekscytacji w swoich opowieściach. Z drugiej strony to oczywiście przysłowiowa kwadratura koła, bo tych, co mówią normalnie, nikt nie słucha. Tak było zawsze tylko ostatnio licytowanie się niesamowitościami staje się sztuką dla sztuki.
Jak to rozwiązać, gdy dziennikarka opowiada, że było minus czterdzieści stopni a ludzie zorientowani w sprawie wiedzą, że mogło być tylko minus dwadzieścia. Jak powie prawdę, to jej zdejmą program. Jako widzowie sami żądamy, by nas oszukiwano.
Wyprawę rozpocząłem przed sylwestrem 2008, gdy niemal dopalały się zaatakowane przez terrorystów bombajskie hotele. Hindusi chyba mieli nakaz zapewnienia dodatkowych środków bezpieczeństwa. Przy hotelach na Goa, stojących wzdłuż wybrzeża Morza - nomen omen Arabskiego - zbudowano szańce z worków z piaskiem. Broniły one wejść od strony plaży. Nikt ich nie pilnował, choć może w przypadku alarmu byłyby wykorzystywane. W dzień służyły dzieciom do zabawy, zaś w czasie nocy sylwestrowej doskonale nadawały się do rozbijania szampana. Zaostrzone środki bezpieczeństwa było widać tylko na lotniskach. Ilość bramek i prześwietleń była aż absurdalna. Z jednej strony dobrze, bo przecież chodzi o bezpieczeństwo pasażerów, z drugiej żartowaliśmy, że kontrolują nie tych co trzeba, europejskich turystów. Proszę mnie nie podejrzewać o jakiekolwiek rasistowskie uprzedzenia, ale chyba każdy przybysz znad Wisły ma takie refleksje, gdy wysiada na przykład na londyńskim lotnisku i jest drobiazgowo kontrolowany przez Brytyjczyka pakistańskiego pochodzenia.
To, że Goa jest inne od reszty kraju, to „oczywista oczywistość”, cytując klasyka. Przez 450 lat władali tym skrawkiem indyjskiego kontynentu Portugalczycy. Mają oni trochę inne spojrzenie na życie i to, co jest w nim najważniejsze niż, okupujący przez lata większość Indii, Anglicy. I choć Goa, co przecież nieuniknione, powoli unifikuje się z resztą kraju, nadal czuje się tu iberyjskiego ducha. Czuje się to w pastelowych domach ukrytych wśród palmowych gajów, kościołach i przydrożnych kapliczkach. Lingua franca wykształconych elit to nadal portugalski.
Wracając do goańskiej odmienności, to regionalne różnice są jedną z większych wartości tego kraju. Doskonałym barometrem tej różnorodności jest dostęp do alkoholi i jego ceny. Na Goa czy w dawnym francuskim Pondichery, leżącym nad Zatoką Bengalską piwo i wszelkie trunki są do nabycia bez problemu za cenę o wiele niższą niż w sąsiednich stanach. Trochę śmieszy, gdy przy przekraczaniu indyjskich stanów kierowca prosi o schowanie flaszek z piwem.
Z drugiej strony to dobrze, że nikt regionalnych różnic nie zaciera na siłę. Chyba najlepsze hinduskie piwo Kingfisher zawsze ma na tylnej etykietce napisane, w jakim stanie może być sprzedawane. Kingfisher (zimorodek) to piękny ptaszek nie zdziwiło mnie więc, gdy rezerwując bilet na lokalny przelot z Bombaju zobaczyłem, że tak się również nazywa linia lotnicza. Piszę Bombaju, bo z tym Mumbajem, jak przechrzcili miasto Hindusi, to chyba przesada. Jak tak sobie wymyślili, to nas nie musi dotyczyć. Wystarczy, że wszyscy na Chociebuż mówią Cottbus. Nawet komputerowy edytor tekstu podkreślił to słowo jako błąd. Bombaj mu zaś nie przeszkadza.

Zdziwiło mnie tylko, że linia Kingfsher ma identyczne logo jak piwo. Okazało się, że browar i linia lotnicza to jedna firma. Jak by to było u nas: piwo LOT - mogę sobie wyobrazić, linie lotnicze Żywiec, chyba też. Piwa Lufthansa po wyrzuceniu znanego polityka z samolotu chyba bym nie kupił.
I to mimo całej sympatii do Octoberfestu. Wracając do impresji alkoholowych rajem w tej dziedzinie jest wspomniana dawna posiadłość francuska Pondicherry. Sklepy oferujące szeroki wybór lokalnych specjałów są częstymi punktami na mapie miasta. Zazwyczaj połączone są z niewielkimi lokalami, gdzie miejscowi na miejscu wypijają swoją porcję zagryzając kupionymi na ulicy pierożkami lub smażonymi w głębokim tłuszczu krewetkami.
Największe wrażenie zrobiła na mnie świątynia wyznawców Śiwy w Chidambram. Jest ona od zawsze własnością kapłanów, a ci nie pozwalają niestety robić zdjęć. Świątynia została wybudowana z granitu. Przecierałem oczy ze zdumienia oglądając kilkusetmetrowe bogato rzeźbione kolumnady. Ściany i kolumny, od podłogi do sufitu pokrywają misterne płaskorzeźby – z granitu. Dla zatwardziałych humanistów dodam, że jest to kamień bardzo twardy i przez to piekielnie trudny w obróbce. Trudny w dzisiejszych czasach, a jak oni to wydłubali przed kilkuset laty? Nie mogłem wyjść z zachwytu. Zawsze podziwiałem kunszt artystów, którzy wykonali Angkor Wat czy indonezyjski Prambanan. Ale tam wszystko jest zrobione z miękkiego piaskowca, a to zupełnie inna rzeźbiarska liga. Południe Indii, które nie doświadczyło islamskich najazdów wydaje się przybyszowi hinduskie.

Auroville – sen o Fantomasie
Widziałem też coś, co przypomina mi  tzw. komorę solną w Ciechocinku. Kuracjusze będąc w miejscowości z najdłuższymi tężniami,  zapewniającymi unikalny mikroklimat, dla którego ludzie przyjeżdżają z końca świata, płacą za siedzenie w zamkniętych salkach, których ściany i podłogę obłożono solą.
Salkach, których leczniczych właściwości nikt nie udowodnił. Czysty surrealizm. Taki sam surrealizm przeżyłem zwiedzając położone na południu Indii Auroville. Komunę, ośrodek medytacji, kościół, sektę– diabeł wie jak to nazwać. Program zwiedzania zaczął się emisją filmu przybliżającego to miejsce. To ma być niby idealne miasto, gdzie wszyscy będą żyli w zgodzie. Założone w 1968 r., to pamiętam, bo rok szczególny, za to imienia guru i jego francuskiej sukcesorki nie - niewielka strata. Miejsce, gdzie Wschód spotyka się z Zachodem, ludzie różnych nacji razem się uczą alternatywnych technologii i ekologicznych upraw. Choć to chyba akurat współczesny dodatek, bo w czasach guru zdobywaliśmy kosmos i ekologia nie była modna. Nowoczesność z filmów science fiction z tamtych lat wywarła duże piętno na charakterze Auroville. Czułem się jakby w klimacie filmów o Fantomasie. Gdy już obejrzeliśmy film i zdjęcia opiewające przedsięwzięcie i jego twórców, poszliśmy zobaczyć centrum edukacji. Budynek w kształcie ogromnej kuli pokrytej blachą musiał kiedyś robić wrażenie. Dziś realia się trochę zmieniły i zachwytu nie wzbudza. Wewnątrz podobno wspaniale się medytuje, nie miałem okazji się przekonać, bo do środka profani wpuszczani nie są. Auroville pachnie sztucznością i fasadowością. Przykre jest, że na to przedsięwzięcie zbierane są na całym świecie datki i to bardzo skutecznie. Donatorzy przekonani są, że popierają słuszne przedsięwzięcie w biednych Indiach. Nasz hinduski przewodnik wdał się w dyskusję z personelem pracującym w ogrodzie. Nie uzyskał odpowiedzi na pytanie, „Po co ludzi zapraszacie jak nie wpuszczacie do środka”. W programie były jeszcze odwiedziny grobu „matki założycielki”, ale sobie darowaliśmy.
Przy bramie podszedł do nas strażnik i powiedział, że tu filmować nie wolno. Jak widać w idealnym mieście nadzór działa też idealnie. Odpowiedziałem, że ja nie filmuję, bo to nie kamera tylko pusta w środku atrapa. Zupełnie jak to miejsce.

AKTUALNOŚCI

Z MYŚLĄ O KONESERACH: TOGO, BENIN, GHANA, WYBRZEŻE KOŚCI SŁONIOWEJ - nowy termin!

13.09.2017 ZOBACZ

WYPRAWA SUDAN, ERYTREA - TYLKO DLA PRZYJACIÓŁ BIURA

13.06.2017 ZOBACZ

KILIMANDŻARO PO RAZ KOLEJNY ZDOBYTE!

25.01.2017 ZOBACZ

Prestige Tours z nagrodą Małopolski Dąb!

22.12.2016 Jest nam miło poinformować, że zostaliśmy wyróżnieni przez Związek... ZOBACZ

KILIMANDŻARO ZDOBYTE !!!

07.11.2016 ZOBACZ

NOWA GWARANCJA UBEZPIECZENIOWA NA 2016/2017 ROK

07.11.2016 ZOBACZ

Róża Kolumba za najlepszy katalog premium "Najciekawsze Miejsca Świata 2016/17"

29.04.2016 ZOBACZ

WYRÓŻNIENIE "ODYS 2015"

12.01.2016 Jest nam miło poinformować, że zostaliśmy wyróżnieni przez Krakowską... ZOBACZ

PRESTIGE TOURS TOUROPERATOREM ROKU 2015

28.10.2015

Jest nam niezmiernie miło poinformować Państwa, iż nasze biuro... ZOBACZ