Zadzwoń do nas aby dowiedzieć się więcej: +48 12 633 04 60
Zamów katalog

Jeden dzień z podróży po Afganistanie

24.05.2021
Afganistan wycieczki

Jeden dzień z podróży po Afganistanie


      Będąc w Kabulu odłączyłem się od grupki dziennikarzy i odbyłem dwie samotne, krótkie podróże. Moim celem była słynna Dolina Pandższir, miejsce działalności i wiecznego spoczynku Ahmeda Szacha Massuda oraz Dżalalabad, strategiczna twierdza strzegąca drogi do Pakistanu.
      Przed wyjazdem poszedłem na bazar, by kupić dobrej jakości materiał na szalwar kamiz, typowy afgański strój składający z długiej koszuli i bardzo szerokich spodni, przypominających z daleka spódnicę. Materiał zaniosłem do krawca, który w dwa dni uszył mi znakomity strój. Całości dopełniała „arafatka” i wojskowa kamizelka, którą nosi wiele Afgańczyków ze względu na wygodę i mnogość kieszeni. Od dwóch tygodni nie goliłem się i znakomicie wtopiłem się w tłum. Dopóki się nie odzywałem, żaden Afgańczyk nie rozpoznawał we mnie Europejczyka. Taką sprzyjającą okolicznością są tutaj różne typy ludzkie, jak wiadomo w Afganistanie są narody, wśród których jasne włosy i niebieskie oczy nie są rzadkością. W dodatku nikogo nie dziwi nieznajomość języka, gdyż używa się ich wiele. Byłem zaopatrzony w mini rozmówki dari i pasztu oraz w znajomość kilku podstawowych słów.

  
     Znalezienie miejsca skąd odjeżdżają mikrobusy z Kabulu do Dżalalabadu nie było trudne, dowiozła mnie tam taksówka. Bez problemu znalazłem właściwy mikrobus, gdyż naganiacze krzyczeli na cały głos: „Dżalalabad, Dżalalabad”. Wsiadłem bez słowa nie wzbudzając żadnej sensacji. Pojazd był już prawie pełny (jak zwykle zbyt pełny) i wkrótce ruszyliśmy. W mikrobusie byli sami mężczyźni. Choć cofnięto obowiązujący za czasów talibów zakaz podróżowania kobiet bez męża, nie widziałem ani jednej podróżującej kobiety, nawet z mężem. Za przejazd zapłaciłem niewiele, jak każdy. Mężczyzna zbierający opłaty wziął mnie za Afgańczyka. Wyjeżdżając na wschód z Kabulu, mija się ogromne bazy okupacyjnych wojsk ISAF. Na rogatkach miasta pojazdy były kontrolowane przez uzbrojonych po zęby Niemców, dziwne wrażenie robiły niemieckie oznaczenia na pojazdach pancernych w takim miejscu. Żołnierz ogarnął wzrokiem pasażerów nie zatrzymując się na mnie. Znaczyło to, że wyglądałem na idealnego Afgańczyka, choć sam nie wiem jakiej narodowości.


    Panowała piękna słoneczna pogoda, był czerwiec. Kabul leży na stosunkowo dużej wysokości i upały tu zbytnio nie dokuczają. Wkrótce jednak zaczęliśmy zjeżdżać w dół nieprawdopodobnym kanionem rzeki Kabul. Wykuta w skale droga wiła się serpentynami i przebijała tunelami przez góry o monstrualnej wielkości. W przepaściach od czasu do czasu było widać wraki rosyjskich czołgów, transporterów i dział. Niżej napotykaliśmy ruiny domów. To więc była ta słynna droga do Dżalalabadu, na której Rosjanie ponosili ciężkie straty próbując utrzymać komunikację z ważnym dla nich miastem. Wyobraziłem sobie, jak straszliwe sceny musiały się tu rozgrywać.
Wtedy nie wiedziałem, że premier Afganistanu ponad sześćdziesiąt lat temu zlecił projekt i budowę tej drogi polskim inżynierom z Mieczysławem Okęckim i Franciszkiem Wichrzyckim na czele. Na budowie pracowało aż dwadzieścia tysięcy robotników, a droga do dziś jest chyba najznakomitszym polskim przedsięwzięciem drogowym na świecie.


     Jazda była bardzo wolna, gdyż na drodze nie ma już asfaltu. Jak się potem okazało, aby pokonać stosunkowo krótki odcinek do Dżalalabadu, mikrobus potrzebuje aż siedmiu godzin. Po zjeździe na dno kanionu kierowca zatrzymał pojazd przy potoku. Wszyscy wysiedli, rozłożyli swoje dywaniki, obrócili się w stronę Mekki i zaczęli modlitwę. Zawsze w takich chwilach zastanawiam się skąd muzułmanie znają odpowiedni kierunek. Byliśmy na dnie kanionu, słońce świeciło z góry, czyżby któryś z nich miał kompas? Odszedłem dyskretnie za załamanie skalne, jednak kierowca to zauważył i jak zrozumiałem, głośnym głosem i gestykulacją pokazywał mi, gdzie mam się modlić.Wtedy wyszło na jaw, że jestem przebranym cudzoziemcem, co wzbudziło małą sensację. Wkrótce zatrzymał się inny minibus i wrzawa wokół mojej osoby nie ustępowała. Tłumaczyłem, że jestem katolikiem, myśląc, że nie po to moi przodkowie walczyli pod Chocimiem, bym teraz do tego się nie przyznawał i oddawał pokłony Allachowi. Jeden z nich chciał koniecznie, bym powtórzył wyznanie wiary po arabsku, powtarzał w kółko „nie ma boga prócz Allacha...”. Gdy postawiłem na swoim i nie przyjąłem islamu, jakiś Pasztun z bardzo długa brodą podszedł do mnie i śmiejąc się uścisnął mi rękę krzycząc „Allach Akhbar” – Allach jest wielki! Nie potrafiłem zinterpretować jego intencji. Podobną przygodę „ujawnienia” przeżywałem w mikrobusie w drodze powrotnej, gdy wyciągnąłem aparat fotograficzny. Wtedy dość namolnie wszyscy chcieli ode mnie moją obrączkę, zamiany na zegarki i wpadali na inne tego typu pomysły. Naśmiewano się ze mnie, ale nie rozumiałem ani słowa Odpowiadałem żartami i głupimi minami. Gdy w kółko zadawali mi w pasztu
jakieś pytanie, ja dla odmiany mówiłem im coś po polsku. Kiedy już miałem trochę dosyć tej zabawy, zostaliśmy skontrolowani przez posterunek żołnierzy niemieckich, atmosfera przygasła i zapomniano o mnie. Pierwszy i pewnie ostatni raz w życiu ucieszyłem się wtedy na widok żołnierza niemieckiego.


      Po dwóch godzinach jazdy od postoju na modlitwę, zatrzymaliśmy się na herbatę i posiłek. Traktowano mnie już normalnie. Nie tylko nie uczestniczenie w modlitwie zdradza turystów. Afgańczycy załatwiają swoje najprostsze potrzeby fizjologiczne na kucąco, nie tak, jak mężczyźni u nas. Ich luźne szaty osłaniają ich znakomicie. Przypominam też sobie związane z tym sytuacje, gdy potrzeby takie trzeba było załatwiać wprost na drodze, gdyż pobocza mogły być zaminowane. Miny to prawdziwa zmora Afganistanu. Zakładali je Rosjanie, a potem różne armie podczas wojny domowej. Obecnie tereny odminowane znaczy się białą farbą, a w miejscach, szczególnie niebezpiecznych, gdzie miny występują na pewno, kamienie, ruiny lub drzewa znaczy się farbą czerwoną. Największym barbarzyństwem Rosjan było rozrzucanie min przeznaczonych dla dzieci – w formie zabawek, długopisów, czy atrakcyjnych przedmiotów. Tysiące afgańskich dzieci straciło w ten sposób rączki, nóżki lub życie. Zbrodniarze podejmujący decyzję o takiej formie „walki”
noszą dziś w Moskwie ordery, zamiast odbywać wyroki. Nigdy żaden międzynarodowy trybunał nie miał odwagi zająć się tą sprawą.


      Przed Dżalalabadem pojawiło się dużo osad pasztuńskich. Liczne były charakterystyczne domy, które były właściwie małymi czworobocznymi twierdzami z otworami strzelniczymi. Jak powszechnie wiadomo, niektóre rodziny są uzbrojone nie tylko w karabiny, ale i w działka. Mój dom jest moją twierdzą, to powinni mówić Pasztunowie, zamiast Anglików. Jak można podbić taki kraj?
Ludzie zaczęli wysiadać i zrobiło się w końcu luźno. Jeden z Pasztunów, jak zrozumiałem, zapraszał mnie do domu na nocleg i namawiał, bym wysiadł z nim wcześniej. Dobrze mu patrzyło z oczu i wahałem się, czy tego nie zrobić. Zdecydowałem się jednak odmówić i pojechać do miasta. Przed Dżalalabadem, za rzeką, zauważyłem ciekawe budowle i wydrążone skały. Jak się dowiedziałem, były to stare klasztory, w których talibowie zniszczyli buddyjskie malowidła. Do miasta wjeżdżało się obok fortecy przez ciemny tunel. 


      Dżalalabad przypomina miasta pakistańskie. Dużo tu motorowych riksz, ozdobnych, pakistańskich ciężarówek i małych autobusów, panuje rozgardiasz i gorączkowa atmosfera przygranicznego handlu. Co najśmieszniejsze, w Afganistanie obowiązuje ruch prawostronny, a niemal wszystkie auta mają kierownicę odwrotnie, niż u nas, gdyż są sprowadzane z Pakistanu, gdzie jest ruch lewostronny.
Zobaczyłem budynek z obdrapaną tabliczką „hotel”, lecz gdy ujrzałem pokój, wycofałem się. Choć już się ściemniało, panował żar nie do opisania i chciałem za wszelką cenę znaleźć pokój z klimatyzacją. W końcu zauważyłem mniej obdrapaną tabliczkę, i za całkiem przyzwoity pokój zapłaciłem równowartość dwudziestu dolarów.
      Postanowiłem powłóczyć się po gwarnym centrum, sprzedawano tu całą masę towarów, trafiłem na ulicę, gdzie wisiały setki pięknych dywanów. Miałem wrażenie, że spotykają mnie raczej nieprzychylne spojrzenia. Gdy tak gapiłem się bezmyślnie na ten kolorowy świat z aparatem (demaskującym mnie) w ręku, podszedł do mnie ubrany na biało Pasztun. Zaproponował płynną angielszczyzną, że chętnie mi pomoże, gdyż widzi moje zagubienie. Byłem wtedy prawdopodobnie jedynym „niewiernym” w mieście. Po krótkiej rozmowie zorientowałem się, że mam przed sobą ciekawego i inteligentnego człowieka. Amanullach okazał się byłym mudżahedinem, przeciwnikiem talibów i współpracownikiem nowej władzy, która właśnie organizowała wybory. Zaproponował mi, by usiąść w milszym miejscu i pogadać, na co z ochotą przystałem, bo jemu też dobrze patrzyło z oczu. Tym miłym miejscem okazał się jakiś dach, był to doskonały pomysł, gdyż upał był tu nieco mniejszy. Było już całkiem ciemno. 


     Raz z Amanullachem przyszło kilku jego kolegów, przez chwilę zapaliło mi się czerwone światełko, szybko jednak powrócił spokój. Koledzy milczeli, gdyż nie mówili słowa po angielsku. Opowiadał o swojej niebezpiecznej pracy polegającej na jeżdżeniu po wioskach i uświadamianiu ludzi, że powinni głosować i akceptować nowe państwo. Pod szatami pokazał mi pas z nabojami i broń. „Cały czas na mnie polują”, mówił, „dla niektórych jestem kolaborantem.” Na prowincji musiał poruszać się zawsze z silną ochroną. Amanullach zadziwiająco dużo wiedział o świecie, snuł opowieści o swojej pracy we francuskiej organizacji humanitarnej i o momencie przejęcia Dżalalabadu z rąk talibów – był komendantem oddziału zajmującego miasto. Mój podziw dla niego osiągnął rozmiary Hindukuszu, gdy nagle zorganizował mi zimne piwo. Sam nie pił, ale widziałem jego radość wypływającą z mojej radości. Było mi tak dobrze, że dałem się poczęstować jakimś skrętem, choć normalnie nigdy nie palę. Gasnące światła Dżalalabadu widzianego z dachu i
kopuła rozgwieżdżonego nieba dawały przedziwne uczucie szczęścia, pełni życia i związku z całą ludzkością, pomimo dzielących nas kultur i religii.

Źródło: Jacek Torbicz / Globtroter